Fil! J. Trynkowski „Polonia – polska korporacja w Dorpacie”

Polski ruch korporacyjny w XIX wieku, czerpiący w sposób oczywisty inspirację i korzystający z niemieckiego modelu organizacyjnego – nie doczekał się do tej pory większego zainteresowania historyków, zainteresowania na jakie niewątpliwie zasługuje. Właściwie tylko prace Marii Wawrykowej stanowią tu godny podkreślenia wyjątek . Większość tego typu organizacji działała na uniwersytetach niemieckich poza granicami Imperium Rosyjskiego (Berlin, Lipsk, Wrocław) a jedynie nieliczne na uniwersytetach polskich (Kraków, Warszawa) – wszystkie one miały jednak charakter efemeryczny, nie pozostawiając wyraźniejszych śladów swej działalności.

Zdecydowany wyjątek stanowią tu polskie korporacje akademickie powstałe i działające przy uczelniach guberni nadbałtyckich. Wymienić tu trzeba dwie korporacje powstałe na Politechnice Ryskiej – „Arkonię” utworzoną w 1879 r. i kilka lat późniejszą (1883 r.), „Welecję” . Niewątpliwie najwcześniejszą i najdłużej działającą (już 175 lat !) jest utworzona w 1828 r. na uniwersytecie w Dorpacie – „Polonia”.

Dzieje tej korporacji doczekały się już kilku opracowań o bardzo różnym charakterze i poziomie. Większość z nich została napisana przez członków „Polonii”, nie zawsze profesjonalnych historyków. Najwcześniejsza, której autorem był Gustaw Manteuffel , wydana została w Warszawie w 1911 roku, nakładem Stowarzyszenia Byłych Wychowańców Uniwersytetu Dorpackiego . Autor, znany badacz dziejów Inflant a jednocześnie członek „Polonii”, nadał swej książce charakter niejednorodny, mieszając konwencje naukowej monografii i osobistych wspomnień. Książka została napisana z tezą, zawartą w tytule ( były uniwersytet dorpacki ) – surowej krytyce poddana tu została rusyfikacja uczelni w końcu XIX wieku. Manteuffel uważał, że Uniwersytet w Dorpacie przestał istnieć a na jego miejscu powstała nowa i na słabym poziomie uczelnia, jaką był Uniwersytet Juriewski. Zarówno książka, jak i jej autor stali się przedmiotem represji . Następne dwie prace pochodzą z 1939 r. i miały wejść do trzytomowego dzieła poświęconego dziejom „Polonii”. Cały nakład uległ zniszczeniu jesienią 1939 r.. Szczęśliwie zachowały się kolumny korektorskie tomu pierwszego, przechowywane obecnie w Archiwum Archidiecezji Warszawskiej . Zachowane w ten sposób zostały prace Bohdana Wydżgi i Jana Niedziałkowskiego , ich niewątpliwym walorem jest fakt, że obaj autorzy wykorzystali obszerne archiwum „Polonii”, dziś częściowo utracone i rozproszone . Kolejna praca, to niewielkie objętościowo opracowanie Antoniego Minkiewicza, powstałe z okazji 150 – lecia „Polonii” , cenne tym że dokumentuje tradycję i właściwy tej korporacji sposób widzenia własnych dziejów. Najświeższą a jednocześnie jedyną, napisaną przez historyka nie będącego członkiem „Polonii”, rozprawą na ten temat, jest praca Arkadiusza Janickiego , wykorzystująca starannie istniejącą literaturę i źródła do jakich mógł dotrzeć. Oczywiście istnieje wiele większych czy mniejszych artykułów czy przyczynków dotykających różnych fragmentów dziejów „Polonii”, jak również znaczna ilość pamiętników pisanych przez studentów Dorpatu. Wszystko to razem, obok zachowanych źródeł dokumentowych, stwarza możliwość napisania gruntownej i odpowiadającej rygorom naukowym monografii tej korporacji.

Jednak nie dzieje „Polonii”, będą tu przedmiotem zainteresowania, ile próba opisania fenomenu jaki ta korporacja niewątpliwie stanowiła i wskazania na splot szczególnych okoliczności, trudnych do powtórzenia, które na ten fenomen się złożyły.

Uniwersytet w Dorpacie powstały w 1802 r. (choć tradycje akademickie tego miasta są znacznie wcześniejsze a początki związane są z utworzonym tu w końcu XVI w. kolegium jezuickim), dość szybko zaczął przyciągać uwagę młodzieży polskiej. Tylko jako ciekawostkę można tu przytoczyć to co 20 maja 1820 r. w liście do A. Mickiewicza, pisał Jacek Jeżowski, który donosił, że na zebraniu „Promienistych”, mówiono o „możliwości rozpoczęcia korespondencji z Wrocławiem i Dorpatem” . Jest to o tyle interesująca informacja, że gdy możemy się domyślać, że we Wrocławiu chodziło o działającą tam korporację „Polonia”, to trudno nam odpowiedzieć na pytanie, kto mógłby być potencjalnym korespondentem w Dorpacie. Faktem jest, że mniej więcej w tym właśnie czasie, polscy studenci zaczęli się liczniej pojawiać w uczelni nad Embachem, ilość ich wyraźnie wzrosła po wileńskim procesie Filomatów, a tendencja ta umocniła się po powstaniu listopadowym, gdy po zamknięciu uniwersytetów Wilnie i Warszawie, uczelnia dorpacka okazała się nie tylko atrakcyjna ze względu na swoje relatywnie niewielkie oddalenie, ale szczególnie ze względu na duży zakres swobód jaki tylko tam na terenie Cesarstwa mogli znaleźć .

Całe życie studenckie tej uczelni podporządkowane było istniejącym tu korporacjom tworzącym, jak to chyba bez większej przesady określano – „republikę”, czy też „państwo burszowskie” – „Burschenstaat”. Los słuchaczy, jak się zdaje nielicznych, którzy do żadnej korporacji nie należeli, owych jak ich nazywano „dzikich” – „wilderów”, był nie do pozazdroszczenia.

Istniejące w Dorpacie korporacje niemieckie: „Curonia” (powstała w 1808 r.), „Estonia” (r. 1821), „Livonia” (1822 r.) i „Fraternitas Rigensis” (1823 r.), były ukonstytuowane według modelu ziomkostw – „Landsmannschaftów”, a próba tworzenia Burschenschaftu organizacji zrzeszającej ogół studentów zakończyła się w Dorpacie niepowodzeniem.

Polscy studenci pochodzący przeważnie z terytoriów innych niż te, które stanowiły „bazę rekrutacyjną” wspomnianych korporacji, nawet ze względów formalnych nie mogli do nich wstępować (choć jak się zdaje owa zasada terytorialności nie była zbyt rygorystycznie przestrzegana) a także w sposób oczywisty nie mieli na to większej ochoty.

Nie może dziwić, że w tej sytuacji zakładają polscy studenci Uniwersytetu Dorpackiego własną korporację, przyjmują dla niej model Landsmannschaftu i przybierają nazwę „Polonia”. Daty dziennej powstania „Polonii” niestety nie znamy, wiemy jedynie, że stało się to w pierwszej połowie r. 1828.

Wybór nazwy podyktowany był jak się zdaje (wszystkich motywów nie znamy, choć niektórych możemy się domyślać) względami by tak powiedzieć „technicznymi” – nazwa nowej organizacji powinna była wskazywać obszar z którego mieli się rekrutować jej członkowie a więc Litwy, Żmudzi, polskich Inflant, Wołynia, Podola, Królestwa Kongresowego, krótko mówiąc z przedrozbiorowych ziem byłej Rzeczypospolitej – nazwa „Polonia” była tu wybrana chyba najtrafniej.

Już pierwsze lata istnienia tej korporacji nasycone były eufemistycznie mówiąc „kłopotami”, które zresztą będą jej towarzyszyć przez wszystkie kolejne lata istnienia. W 1832 r., w związku z obawą represji po powstaniu listopadowym, „Polonia” się rozwiązała. Było to jak się zdaje rozwiązanie wyłącznie formalne, bowiem już w 1834 r. oficjalnie zawiązuje się na nowo, tyle że Chargierten – Convent (organ złożony z wybranych przedstawicieli korporacji niemieckich, czuwający nad całością życia studenckiego w uniwersytecie), nie dopuszcza reprezentantów „Polonii” do swego składu, co uniemożliwia rektorowi uznającemu za wiążące decyzje tego ciała, formalną rejestrację korporacji. Od tej pory „Polonia” będzie istnieć wprawdzie jawnie (w niektórych okresach półjawnie), ale z formalnego punktu widzenia nielegalnie. Jak się zdaje tylko na Uniwersytecie Dorpackim była możliwa tego typu sytuacja – nie do pomyślenia w innych uczelniach Cesarstwa.

Wszystko to razem wpłynęło na szczególny charakter „Polonii”.

Jednym z ważniejszych czynników kształtujących oblicze tej korporacji było owo terytorialne kryterium, które niejako obligowało do przyjmowania tych wszystkich studentów, bez względu na ich narodowość, wyznanie i status społeczny, którzy przybywali z terenów byłej Rzeczpospolitej. I rzeczywiście, choć na liście członków przeważają, co nie dziwi, Polacy i katolicy, ale są również Niemcy, Litwini, Żydzi, Białorusini, Rusini, Tatarzy, są liczni przedstawiciele innych wyznań chrześcijańskich: luteranie, kalwini, unici i prawosławni, są też żydzi, karaimi i muzułmanie. Oczywiście przytłaczającą większość stanowią synowie szlacheccy (być może lepiej byłoby tu mówić o ziemiaństwie), liczni są jednak i reprezentanci innych grup społecznych – dzieci mieszczan, czy wręcz bogatej burżuazji, inteligencji (synowie lekarzy, adwokatów, nauczycieli, urzędników), są też choć nieliczni synowie chłopscy. Ta heterogeniczność składu osobowego „Polonii” (różnice narodowe, religijne, społeczne i wręcz kulturowe), prowadziła nieraz do wewnętrznych sporów, napięć a nawet rozłamów, działała jednocześnie w stronę całkowicie przeciwną, zmuszając do wypracowania norm współżycia i wzajemnej tolerancji, sprzyjając wytworzeniu silnych więzów koleżeństwa i poczucia jedności. Ignacy Baranowski studiujący medycynę w latach 1852 – 1858, pisał w swych pamiętnikach, że to zróżnicowanie młodzieży, „Nie psuło harmonii pożycia, przeciwnie, różnorodność usposobień, dając pole do dysputy, starć, ułatwiała wzajemne poznanie się młodzieży między sobą i wzajemne poznanie, zrozumienie prowincjonalnych różnic.”

Kolejnym czynnikiem determinującym kształt dorpackiej „Polonii”, były warunki jakie stwarzało to niewielkie położone nad Embachem miasto. W odróżnieniu od takich miast uniwersyteckich jak Petersburg, Moskwa czy Kijów – Dorpat nie dostarczał młodzieży atrakcji nazwijmy to wielkomiejskich, atrakcji które mogłyby ją wciągnąć i uwieść. Stali mieszkańcy Dorpatu – niemieckie mieszczaństwo i ludność rdzenna, Estończycy („Czuchoni”), była na tyle obca polskiej młodzieży, że ta nie wchodziła z nią w bliższe kontakty. Konflikt między „Polonią” a pozostałymi niemieckimi korporacjami jaki pojawił się w 1832 r., a w latach następnych się nasilał , nie sprzyjał w sposób oczywisty ewentualnemu zbliżeniu z resztą środowiska uniwersyteckiego (choć oczywiście bywały tu wyjątki). W tej sytuacji polscy studenci byli niejako zdani na siebie. Oddaleni od swego „środowiska naturalnego”, od rodzin które w czasie studiów mogli odwiedzać wcale nie za często, tylko w swojej korporacji znajdowali miejsce zastępujące rodzinny dom, miejsce gdzie mogli być razem, miejsce które dawało im poczucie bezpieczeństwa, w tym również materialnego (w „Polonii” wcześnie pojawiły się różne, z czasem rozbudowywane formy samopomocy). Jak wspominał B. Dybowski : „Stosunki z mieszkańcami Dorpatu były dość luźne. Polacy żyli jak na obczyźnie wśród własnego towarzystwa” .Wszystko to nieuchronnie budowało silne poczucie więzi koleżeńskiej i solidarności, które uformowane w czasie studiów nie ustawało i w późniejszym życiu, czego liczne przykłady można by przytoczyć. Wzmacniało to jednocześnie siłę oddziaływania tego tak uformowanego koleżeńskiego kolektywu, który miał moc kształtowania charakterów i postaw. Marian Kunicki , w swych wspomnieniach, nieco zapewne idealizując, tak tę sytuację opisywał: ” Konwent Polski, który nas wszystkich łączył, był jakby miniaturą Polski, jakby częścią Ojczyzny na obczyźnie … szkołą patriotyzmu i życia społecznego i obywatelskiego, szkołą honoru, obowiązków, charakterów, przyjaźni koleżeńskiej – jakiej potem nigdy i nigdzie już nie spotkałem! Konwent nasz zastępował też nam strzechę rodzinną i pozwalał zapominać, ze jesteśmy w obcym i dalekim kraju. … Wychowawcze, moralne znaczenie Konwentu, tego prawdziwego asylum polskości było ogromne”.

Byłoby niesprawiedliwością nie podkreślić jeszcze raz faktu, że wszystko to nie byłoby możliwe, gdyby nie to że Uniwersytet Dorpacki, był nie tylko znakomitą uczelnią na europejskim poziomie, dającą swym studentom szansę na zdobycie solidnego wykształcenia, był także uczelnią cieszącą się wyjątkową w Cesarstwie Rosyjskim autonomią bez której to wszystko byłoby niemożliwe. Polscy studenci zdawali sobie z tego sprawę i niejednokrotnie to akcentowali. Marian Zdziechowski studiujący filologię w latach 1880 -1883, wspominał: „Silne wrażenie sprawiła na mnie pierwsza knajpa, ściśle mówiąc jej początek. Zebrawszy się i zasiadłszy przy wspólnym stole konwentowicze (było nas koło 80) na dany znak powstawali z miejsc, zdejmowali czapki, tak zwane konwentówki – w czapkach bowiem według utartego zwyczaju knajpowano – po czym następował uroczysty, piękny śpiew Cześć polskiej ziemi cześć , śpiew, powiedziałbym, afirmujący na gruzach Ojczyzny jej nieśmiertelną potęgę, bo choć rozdarta i deptana, żyje życiem potężnym w sercach jej wiernych synów. Dorpat jedynym był w państwie carów miejscem, gdzie wolno było hymny na cześć Polski wznosić, niemal publicznie, bez obawy, że ktoś podsłucha i doniesie, że wkroczy policja, że nastąpią areszty i więzienie.”

Jeszcze jednym z czynników kształtujących oblicze „Polonii”, czynnikiem trudnym do zdefiniowania, ale działającym bardzo silnie, była tradycja filomacko – filarecka . Gdy po 1824 r. zaczął się zwiększony napływ młodzieży wileńskiej do Dorpatu, przynosiła ona ze sobą idee filareckie i filomackie . Wyrażało się to w różny sposób, czasem tylko zewnętrzny (w repertuarze pieśni śpiewanych w „Polonii”, ważne miejsce zajmowały pieśni filareckie, dewizą korporacji, stało się mickiewiczowskie „jedność większa od dwóch”…). Lektury z kręgu filareckiego, a zwłaszcza utwory A. Mickiewicza, były w tym środowisku bardzo popularne i stale obecne. Nie było to niczym nadzwyczajnym, wpływ Czeczota, Zana, Mickiewicza i ich kolegów, czy może raczej ich legendy, na następne pokolenia młodzieży polskiej jest dobrze znany . W Dorpacie jednak siła tej tradycji była tak wielka, że z czasem przerodziła się w przekonanie, że to filomaci i filareci byli założycielami „Polonii”. Jeszcze w 1978 r., w swym opracowaniu napisanym z okazji 150 – lecia „Polonii”, Antoni Minkiewicz pisał, że kilkunastu „studentów z Wilna, przeważnie byłych filaretów, założyło w początkach 1828 r. w Dorpacie polski związek studencki”

Jak już wyżej powiedziano, trudno precyzyjnie określić, na czym konkretnie ów wpływ dziedzictwa filomacko – filareckiego polegał. Bez większej obawy popełnienia błędu, można jednak powiedzieć, że były to idee braterstwa, solidarności, równości, oraz kult utraconej ojczyzny. Obecne było w „Polonii” również głębokie przekonanie o potrzebie etycznego samodoskonalenia i samokształcenia dla pożytku narodowego tak silnie akcentowane w Towarzystwie Filomatów.

Wszystko to razem składało się na odmienność tej korporacji gdybyśmy ją mieli porównywać z pozostałymi niemieckimi Landsmannschaftami nastawionymi głównie na wspólne, przyjemne spędzanie czasu.

Ze względu na ograniczone rozmiary niniejszego tekstu, próba określenia cech specyficznych organizacji nas tu interesującej, ograniczona została do dwóch jedynie, jak się wydaje ogromnie ważnych spraw – „Polonia”, jak należy sądzić, niemal od samego początku prezentuje się jako organizacja kładąca znaczny nacisk na samokształcenie swych członków, oraz silnie podkreślająca swą apolityczność.

Trudność w określeniu formujących się stopniowo postaw ideowych „Polonii”, polega głównie na niedostatku źródeł, które by mogły tu być pomocne. Dotyczy to szczególnie okresu najwcześniejszego. Tym cenniejszy wydaje się w tej sytuacji artykuł studenta Uniwersytetu Dorpackiego i członka „Polonii”, Romana Kępińskiego , jaki ukazał się w „Birucie” w 1838 r. Nie jest to tekst intelektualnie głęboki, nie przynosi też jakichś nowych odkrywczych myśli, jest jednak interesujący jako świadectwo sposobu i kierunku myślenia autora, a także jego kolegów, trudno bowiem sobie wyobrazić by przed wysłaniem do redakcji nie był ten artykuł w gronie przyjaciół prezentowany i dyskutowany, był też jak należy sądzić przedmiotem koleżeńskiej uwagi już po jego publikacji.

Pisał Kępiński: „Społeczeństwo wtedy tylko ma dobry działań swoich koniec, jeśli jednostki składające ono dobre są. Światło, wszak nie samo świeci, ale z pomocą promieni; jakie więc są promienie światła, taka moc jego. Jednostki w społeczeństwie, są to promienie jego światła. O ile więc one do jasnej wyrobią się farby o tyle całość jaśnieje. Żaden naród nigdy się jeszcze innym nie pokazał – jak jest – to jest: jakie są cząstki, indywidua, jednostki, z których się składa. …. Myśl moja, taka jest: że kto z gumna indywidualnej możności swojej, powszechnej społeczeństwa nie sporzy intraty, ten – już tem samem i ogółu i swój podkopuje fundament. Bo gdyby wszyscy czynili podobnie, zguba byłaby nieuchronną.” Człowiek zdaniem Kępińskiego winien być tym „który po drodze nauki idzie … Takie to indywiduum jest w sile i swój zakrzepić fundament i społeczeństwa, do którego należy. Jeżeli zaś nie czyni zadość tej powinności – gubi siebie i społeczeństwo.”

Że tak rozumiany program kształcenia i samokształcenia, był w „Polonii” obecny, możemy na to przytoczyć szereg dowodów. Tendencja ta uległa wyraźnemu wzmocnieniu w 1843 r., gdy „Polonia” w wyniku głębokiej węwnętrznej reformy przeprowadzonej z inicjatywy Tytusa Chałubińskiego, zerwała stanowczo kontakty z korporacjami niemieckim. Pisał o tym naoczny świadek wydarzeń, kolega z czasów studiów Chałubińskiego, Romuald Pląskowski . W wspomnieniowym artykule napisanym z okazji śmierci Tytusa Chałubińskiego , stwierdzał: „stawała nam na zawadzie… „burszeria studencka”, dominująca w istniejących podówczas prowincjonalnych „landsmanszaftach”, to jest liwońskim, ryskim, kurlandzkim i estońskim, która narzucała znajdującym się w uniwersytecie Polakom… niezgodne z wyższym pojęciem zasady pożycia koleżeńskiego. …Naradzano się długo w koleżeńskim gronie, jakby uwolnić się od tego uciążliwego jarzma, przygnębiającego zdrowotne warunki życia czerstwej młodzieży, z poniżeniem wrodzonych zdolności każdego prawie przybyłego osobnika, żądnego osiągnięcia wszechwiedzy i specjalnej nauki”. Podjęto decyzję oznaczającą „rozbrat doszczętny z owymi czterema korporacjami studentów … powstały wówczas dwa sprzeczne w swych zasadach obozy: jeden dawny, korporacyjny, lubujący się do przesytu w knajpiarstwie, fechtowaniu i częstych skandalach burszowskich …, oraz nasz drugi cichy, wysoce etycznie przekształcony pod względem pojęcia życia uniwersyteckiego. …Komuż więc w tak roztropnie i szczytnie przeprowadzonej reformie samokształcenia się dorpackich kolegów, wypada wdzięczność okazać, jeżeli nie inicjatorowi i wykonawcy owego projektu, to jest śp. Tytusowi Chałubińskiemu?”

Pląskowski pisząc swój tekst, musiał pamiętać o cenzurze a jednocześnie o tym, by nie uczynić szkody nadal przecież działającemu, choć nielegalnie w Dorpacie Konwentowi Polskiemu. Podkreśla więc antyniemieckość reformy której głównym autorem był Chałubiński i stara się przekonać, że od tej pory polscy studenci, w zgodzie z prawami na uniwersytecie obowiązującymi oddają się wyłącznie nauce. Wymykają mu się jednak słowa o „reformie samokształcenia się dorpackich kolegów”, z którego to sformułowania jasno wynika, że nie chodzi tu tylko o rzetelną naukę na wybranych przez studentów wydziałach, ale i o zdobywanie jakiejś innej wiedzy nie objętej uniwersyteckimi programami nauczania. Jaki był program i cel owego „samokształcenia”, możemy się dowiedzieć z szeregu wspomnień, tu ograniczymy się do relacji Edwarda Heinricha , który tak opisuje scenę swego przyjęcia do „Polonii” w I sem. 1860 r. (był to ostatni rok gdy „Polonia” występowała pod nazwą „Ogółu”, prezes jej nosił wtedy miano „gospodarza”):

„U gospodarza zastałem kasjera, bibliotekarza i jeszcze dwóch starszych kolegów. W ich obecności miał gospodarz do mnie przemowę, jak do każdego nowo wstępującego, w której wyraził cel koła koleżeńskiego i przyszłe moje względem niego obowiązki. Treściwie a poważnie mówił, że zadaniem „Ogółu” jest łączenie młodzieży z różnych stron kraju, pomaganie sobie wzajemne intelektualne, etyczne i materialne, ku czemu służy biblioteka i kasa stowarzyszenia. Obowiązkiem każdego członka jest poznanie własnej ziemi: prócz studiów specjalnych obowiązkiem jest więc poznanie historii i literatury własnego narodu. Przez wzajemne obcowanie kolegów z różnych dzielnic winniśmy tym lepiej poznać własną ziemię, na której obywateli mamy się kształcić. I rzeczywiście ówczesny „Ogół” spełniał to zadanie, jak gdyby były jego dewizą słowa Supińskiego : „Pierwszym artykułem wiary naszej jest powołanie wszystkich do pracy obywatelskiej, bezwzględna kompetentność każdego stanu, stronnictwa i wyznania. Chlubą narodu jest pozyskiwanie nowych obywateli”. Ówczesny „Ogół” w istocie łączył młodzież różnego położenia towarzyskiego, różnego pochodzenia i wyznania. Łączył ją w jednej myśli i w jednym uczuciu ukochania tego, co dobre, szlachetne i swojskie, pielęgnował stare, a zawsze nowe, niespożyte hasło – miłości kraju”.

W gruncie rzeczy mamy tu tę samą myśl, z którą spotkaliśmy się u R. Kępińskiego, należy się uczyć, by służyć społeczeństwu – tyle tylko, że tu już, bez ograniczenia jakie tam narzucała cenzura, społeczeństwo owo zostało nazwane. Zwróćmy przy tym uwagę na niepozbawiony pikanterii fakt, że autorem tych słów i przyjmowanym, był Edward Wilhelm Heinrich, luteranin, syn urodzonego w Berlinie Teodora i Marii z domu Schultz, zaś przyjmującym, gospodarzem „Ogółu”, był baron Franciszek Ungern von Sternberg…. Dotykamy tu sprawy bardzo istotnej, której nie można ominąć, choć wymagałaby ona osobnego gruntownego studium. Uniwersytet Dorpacki był jedyną w Imperium Rosyjskim uczelnią, która nie tylko studentów z Polski nie rusyfikowała (także nie germanizowała), ale wręcz odwrotnie – polonizowała. Jest w tym niewątpliwie zasługa dorpackiej „Polonii”. W swoim referacie wygłoszonym w czasie obchodów stulecia Konwentu w Wilnie w 1928 r., jeden z dorpatczyków – Bohdan Wydżga mówił: „Przechowaliśmy na obczyźnie myśl i obyczaj narodowy – nawet nie rzadko budziliśmy je. Bo rzecz na pozór niewiarygodna, a jednak prawdziwa, że niejeden młodzieniec, który przyjeżdżając do Dorpatu – czy to na skutek obcych wpływów, czy też niezdecydowanych stosunków w rodzinie – nie umiał po polsku, tu się swej mowy – źle czy dobrze – uczył, tu się uczył myśleć i czuć po polsku – a to ostatnie już niewątpliwie dobrze. To też niejeden dorpatczyk w dojrzałym już wieku publicznie wyznawał, że dopiero śród „Polonii” dorpackiej stał się Polakiem” . Nie ma w tych słowach okolicznościowej, rocznicowej przesady. Najłatwiej to pokazać na przykładzie studentów teologii. W XIX wieku Dorpat był w państwie rosyjskim jedynym miejscem kształcenia duchownych protestanckich, nic więc dziwnego, że pastorzy – dorpatczycy od połowy XIX wieku do lat II wojny światowej na terenie Królestwa Polskiego i „guberni zabranych” a następnie w II Rzeczpospolitej, odgrywali dominującą rolę w Kościołach obu protestanckich wyznań. Część młodych ludzi wyznania ewangelicko augsburskiego, przybywających z Królestwa Polskiego na studia do Dorpatu, pochodziła z rodzin pochodzenia niemieckiego, czy wręcz niemieckich. Mówił o tym cytowany już B. Wydżga: „Jest faktem namacalnym, niezbitym, że Polonia Dorpacka wydała cały szereg, po polsku myślących i czujących duchownych tego wyznania. Czyniła to bezwiednie – a więc być może, bez tytułu do zasługi – czyniła to bez myśli o propagandzie i może właśnie dlatego, dobrze i skutecznie. Sprawiała to siła czaru serc młodzieńczych, szczera prostota życia koleżeńskiego… Wychowańcy nie tylko uniwersytetu, ale śmiem twierdzić i Polonii Dorpackiej stworzyli w byłym zaborze rosyjskim zastęp pastorów – Polaków, którzy mimo oporu ze strony swych niemieckich współwyznawców, potrafili nawet w najzawziętszych ostojach niemczyzny, jak Łódź czy Pabianice, wprowadzić polski język do nabożeństwa i kazań. Potrafili to uczynić i wytrwać…”

Temat to zbyt obszerny, by go tu rozwijać, nie ma zresztą po temu większej potrzeby, bowiem w ostatnich latach Tadeusz Stegner w szeregu swych znakomitych prac, uczynił to już w sposób gruntownie uargumentowany i przekonujący . Tylko jako ilustrację tego o czym wyżej była mowa, przytoczmy za tym badaczem przykład, być może jednostkowy, ale i bardzo wymowny. Pisze Tadeusz Stegner: „Wielką postacią w dziejach polskiego protestantyzmu był studiujący w Dorpacie w latach 1880 – 1884 Juliusz Bursche (1862 – 1942). Pochodził z rodziny pastorskiej, w której na codzień używano języka niemieckiego. Dopiero w gimnazjum w Warszawie, a potem na studiach w Dorpacie nauczył się języka polskiego i poprzez m. in. działalność w polskich korporacjach studenckich stał się świadomym narodowo Polakiem”

Zwróćmy uwagę na ten paradoksalny a jakże znamienny fakt – J. Bursche, języka polskiego nauczył się w rosyjskim gimnazjum i na niemieckim uniwersytecie…

Dodajmy, że w czasie uroczystości stulecia „Polonii” w Wilnie w 1928 r. , w czasie mszy w kościele ewangelicko – augsburskim, którą jako zwierzchnik Kościoła luterańskiego w II Rzeczpospolitej koncelebrował razem z superintendentem Kościoła ewangelicko – reformowanego Michałem Jastrzębskim (również jak on dorpatczykiem i „Polonusem”), J. Bursche wygłosił kazanie w którym powiedział: „Łączenie się w jedną organizację – powiedziałbym nawet, w jeden organizm – ludzi pochodzących z różnych środowisk, często wręcz rozbieżnych przekonań, ścieranie się z sobą najrozmaitszych poglądów, posiedzenia konwentowe i dyskusje na nich toczone, miłe po pracy zebrania koleżeńskie, zaprawione i powagą i humorem, cudne nasze pieśni konwentowe – wszystko to razem, wywierając niezmierny a dodatni wpływ na dusze młode „utwierdzało” serca nasze, kształciło w nas charakter, czyniło z nas ludzi, którzy wiedzą czego chcą i do wytkniętych celów z całą świadomością dążą, zaprawiało nas do samodzielnej pracy, budziło w nas poczucie własnej odpowiedzialności, pogłębiało w nas miłość ojczyzny i zrozumienie obowiązków względem niej, uczyło nas karności i poszanowania autorytetu, bez czego żadne społeczeństwo istnieć nie może i czego zwłaszcza nam Polakom tak bardzo potrzeba.”

Za swą polskość zapłacił J. Bursche, cenę najwyższą – aresztowany przez gestapo w październiku 1939 r., więziony w obozie Sachsenhausen – Oranienburg, zmarł w 1942 r.

B. Wydżga w jednym nie ma racji, sugerując, że działalność samokształceniowa, wychowawcza „Polonii” była mimowolna, „samowiedna”. „Polonia” tego typu aktywność traktowała jako obowiązek statutowy. W pochodzącym z przełomu XIX i XX wieku, tekście Praw Konwentowych, jednym z najstarszych do dziś zachowanych, a będącym rozwinięciem wcześniejszych tego typu dokumentów, na samym początku rozdziału I („Prawa zasadnicze Konwentu”), czytamy w § 1: „Stowarzyszenie „Polonia” jest kołem koleżeńskim mającym na celu: a) złączenie wszystkich Polaków, studentów Uniwersytetu Dorpackiego ściślejszym węzłem koleżeńskiego pożycia; b) zaradzanie wspólnym potrzebom wspólnemi siłami; c) wyrabianie i przestrzeganie etycznego, zgodnego z honorem postępowania; d) współdziałanie w umysłowym rozwoju członków. W tym celu posiada bibliotekę, oraz czytelnię.”

Znowuż musimy się powstrzymać od szczegółowego opisu form i metod jakie były stosowane dla realizacji tego celu, trzeba jednak powiedzieć o jednym z najważniejszych narzędzi, jakie temu służyło. Była to niewątpliwie, wymieniona w cytowanym wyżej dokumencie biblioteka. Nie znamy jej początków, są jednak pewne przesłanki pozwalające sądzić, że już w połowie lat 30-tych w. XIX była gromadzona. W najstarszym z zachowanych tekstów Praw Konwentowych z 1872 r., przepisy poświęcone funkcjonowaniu biblioteki (rozdz. V, 1) i obowiązków bibliotekarza (rozdz. VII, 2) należą do najobszerniejszych i najbardziej szczegółowych, zajmując pod względem objętości ponad 20 % całości. Zdaje się to świadczyć o dawności tych przepisów, a więc i biblioteki, która przy wszystkich zawirowaniach i dramatycznych przełomach a niekiedy i rozłamach jakie miały miejsce w „Polonii”, trwała nieprzerwanie wzbogacana stale dzięki polityce zakupów. To wieloletnie trwanie spowodowało, że regulamin biblioteki, wyrosły i sprawdzony w ciągu długiej praktyki mógł przybrać tak przemyślaną, rozbudowaną i szczegółową formę. Widać jednocześnie wyraźnie jaką wagę przywiązywano w „Polonii” do tego księgozbioru. W tekście praw konwentowych z 1872 r. czytamy: „Biblioteka mająca na celu pożytek i rozrywkę członków Konwentu, jako też jak najszersze rozpowszechnienie między nimi znajomości piśmiennictwa krajowego, znajduje się pod kierownictwem rady bibliotecznej i pod zarządem bibliotekarza; jest ona stale pomnażaną z funduszu wyznaczonego przez Konwent co półrocze na walnym posiedzeniu, pod rubryką wydatków bieżących” . Wyodrębnioną częścią biblioteki, była czytelnia, gromadząca i udostępniająca czasopisma. W zachowanym Sprawozdaniu semestralnym Konwentu za 1 sem. 1909 r. , wymienionych jest 26 tytułów gazet i czasopism prenumerowanych dla czytelni, spis ten obejmuje właściwie wszystkie ówczesne, ważniejsze periodyki polskie (m. in. „Biblioteka Warszawska, „Przegląd Historyczny”, „Przegląd Filozoficzny”, „Ekonomistyka” – z rosyjskich jedynie „????” i „????? ????”). Biblioteka Konwentu nie miała na celu dublowania Biblioteki Uniwersyteckiej i gromadziła głównie książki i czasopisma polskie. Gromadziła również wydawnictwa emigracyjne, nielegalne i przez carską cenzurę zakazane.

Cytowany już wyżej Ignacy Baranowski, studiujący w Dorpacie w latach pięćdziesiątych XIX wieku wspominał: „Żywszą tęsknotę tłumiliśmy rozmową o kraju, lekturą wspólną Mickiewicz i innych poetów, których nam dość zasobna biblioteka Stowarzyszenia Polskiego dostarczała. Zawierał ona nie tylko Mickiewicza, Słowackiego, Zaleskiego, Krasińskiego i tylu, tylu innych poetów, którymi ówczesna literatura polska świeciła, aż po Odyńca, Lenartowicza, Żeligowskiego. Prócz poetów była tam Lelewela „Polska wieków średnich”, Maurycy Mochnacki, Heltman, Mierosławski, „Chowanna” Trentowskiego, „Historia szkół polskich” Łukaszewicza, „Rok” – wydawnictwo bardzo poważne poznańskie, „Przegląd Poznański” i liczne wydawnictwa emigracyjne. Książki te kursowały między nami jawnie, a prócz wartości swojej istotnej, dla przybyłych z pod terroru, panującego w kraju miały powab niesłychany jako zakazane. To też czytaliśmy je chętnie, schodzili na czytania po kilku … nie wszyscy byli jednakowo gorliwi i w kształceniu się naukowem i w kształceniu się polskim; ale nastrój ogólny był taki, że jeżeli który leniwszy nie pracował, to choć udawał, że pracuje. … Ukryć się zaś z czemś złem czy dobrem było bardzo trudno …żeśmy się wszyscy wzajem znali i na każdym kroku kontrolowali”.

Trudno się tu powstrzymać by nie wspomnieć o anegdotycznym zdarzeniu mającym ścisły związek z biblioteką Konwentu, a jednocześnie dobrze charakteryzującym stosunki panujące w Dorpacie. Stanisław Czekanowski studiujący w Dorpacie w latach 1886 – 1893, wspomina jak został wezwany do miejscowego pułkownika żandarmerii Nikolina, gdy zaniepokojony się stawił, ten mu opowiedział, że „przed Dorpatem był naczelnikiem ciężkiego politycznego więzienia na wschodniej Syberii, trafił tam w swoim czasie amerykański dziennikarz – Kennan – zwiedził więzienie, konferował z pułkownikiem i podobno przedstawił go w bardzo złym świetle …, pułkownik chciałby książkę poznać i prosi, czy nie mógłbym dostarczyć mu do przeczytania. …. Nic nie mówiąc w jakim celu biorę, pożyczam z biblioteki konwentowej i po upływie kilku tygodni, niby przysłaną z Warszawy niosę pułkownikowi. Rad był mi nadzwyczajnie – książkę zostawiłem. Upłynął chyba miesiąc … znów wizyta moja u pułkownika – Czy pan może wyobrazić sobie, że ja mogłem być takim zwierzęciem, jak ten, którego opisuje Amerykanin? To była bardzo ciężka służba, jaki ja byłem szczęśliwy, gdym się wydobył z tamtego piekła! Bardzo mi podziękował i książkę oddał” .

Biblioteka „Polonii”, odegrała istotną rolę w jej działalności samokształceniowej, w owym według sformułowania I. Baranowskiego „kształceniu się polskim”, licząca wiele tysięcy tomów, gromadzona przez dziesięciolecia mogła imponować swym bogactwem i doborem tytułów . Biblioteka ta zasługuje z pewnością na monograficzne opracowanie, które ułatwić mogą zachowane księgi inwentarzowe i katalogi

W cytowanym już wyżej tekście praw Konwentu Polonia z 1896 r. (rozdz. I, § 8), czytamy: „Polonia” zostawiając wolność sumienia i swobodę osobistych uczuć i poglądów swym członkom, zobowiązuje ich jednak nie narażać bytu stowarzyszenia i jego członków w sprawach mających charakter polityczny” . Ta zasada apolityczności obecna była w Konwencie od samego początku . Wymaga ona krótkiego wyjaśnienia i omówienia, bywa bowiem niekiedy źle rozumiana i interpretowana.

Pamiętnikarze, członkowie Konwentu, często o tej sprawie piszą, podkreślając różnice postaw polskich studentów na uniwersytetach w Petersburgu, Moskwie, czy Kijowie z jednej, a na Uniwersytecie Dorpackim z drugiej strony. Ignacy Baranowski, znający z autopsji tylko uczelnię nad Embachem, wypowiada się w tej kwestii ostrożnie: „Czy w innych uniwersytetach Cesarstwa Rosyjskiego młodzież polska w owej chwili okazywała usposobienie podobne do usposobienia młodzieży dorpackiej? Na pytanie to stanowczej odpowiedzi dać nie umiem. Przypuszczam jednak, że w Petersburgu, w Moskwie, Kijowie, więcej było popędu do politykowania, do robót sekretnych. … Zaznaczam tu jako fakt ważny i raz jeszcze podkreślam, że lepsza część młodzieży sposobiła się poważnie do życia późniejszego, do służby dla kraju; ale w danym momencie wcale nie rościła pretensji do akcji politycznej, do odgrywania jakiejś roli w życiu publicznym kraju” .

Marian Zdziechowski, który do Dorpatu przeniósł się z Uniwersytetu Petersburskiego nie ma tu wątpliwości: „Czy nie był Dorpat wyjątkiem, szczęśliwym wyjątkiem, na tle życia młodzieży polskiej? Czy można sobie wyobrazić studenta ideowca w Petersburgu pogrążonego w Supińskim? Czytano by tam Marksa, albo jego rosyjskich naśladowców, w najlepszym razie socjologię Spencera. Wśród pisarzy polskich nie znaleziono by godnego głębszej uwagi. Wszystko co polskie, wydawało się tak małym wobec szerokich widnokręgów, które roztaczała myśl rewolucyjna rosyjska. Ilu potem przesunęło się przede mną duchowo zrusyfikowanych, dla Polski zmarnowanych wychowańców szkół rosyjskich! Natomiast wychowany na Supińskim Dorpatczanin szedł w życie z wyrobionym poczuciem obywatelskim, z rozwiniętym, a przy tym idealistycznie nastrojonym zmysłem rzeczywistości: życie stawało się dla niego polem do pracy konkretnej, narodowo – społecznej, nie zaś do szalonych eksperymentów” . Oceniając obie wypowiedzi, musimy oczywiście brać poprawkę na późniejsze poglądy i postawy polityczne obu pamiętnikarzy. Pożyteczne więc będzie tu przytoczenie tego co niejako z zupełnie odmiennej perspektywy zapamiętał „nestor socjalizmu polskiego”, Bolesław Limanowski, który studiował w Dorpacie medycynę w latach 1858 – 60 i był w pracach „Polonii” b. aktywny (był bibliotekarzem „Ogółu” a po jego połączeniu się z frondującym „Szczegółem”, „Gospodarzem” czyli prezesem): „W stowarzyszeniu dbano niemal wyłącznie o podtrzymanie stosunków koleżeńskich i uprzyjemnianie sobie życia. Prawie wszystko kończyło się na obchodzie rocznicy powstania 1830 r. i na śpiewaniu pieśni patriotycznych, gdy się zgromadzono w większej liczbie osób. W sprawach życia publicznego przejawiała się obojętność”

B. Limanowski, inaczej to formułuje i inaczej to ocenia, ale istota sprawy pozostaje niezmieniona – w „Polonii” panowała i obowiązywała apolityczność.

Źródeł tej postawy było kilka. Wywodziła się ona niewątpliwie z tradycji niemieckich Landsmannschaftów, które apolityczne były programowo, stawiając sobie zupełnie inne, dalekie od polityki cele. „Polonia”, która początkowo była jednym z dorpackich Landsmannschaftów, mimo późniejszych przekształceń, a nawet częściowego odchodzenia od form korporacyjnych, wiele z tej pierwotnej tradycji zachowała.

Inną przyczyną apolityczności, była stała troska o zachowanie wewnętrznej spoistości. Heterogeniczność składu osobowego „Polonii”, będąc żródłem częstych wewnętrznych sporów zagrażających tak pożądanej jedności, nakazywała unikać wszystkiego co mogło młodych ludzi poróżnić. Już w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy „Polonia”, po przeniesieniu z Dorpatu, działała w Wilnie, obowiązywał na terenie Konwentu zakaz mówienia o polityce, religii i kobietach, jako tych sprawach, które mogą mężczyzn skłócić.

Trzecią wreszcie przyczyną apolityczności, sformułowaną dobitnie w cytowanych wyżej prawach Konwentu, była troska by nie „narażać bytu stowarzyszenia i jego członków”. W „Polonii” doceniano fakt możliwości istnienia tej organizacji, chociaż nielegalnego, ale w gruncie rzeczy jawnego, czy półjawnego (w latach 1889 – 1907, zarejestrowana była pod szyldem „Towarzystwa Przyrodniczego”) i starano się jej bytu nie narażać działalnością która mogłaby wywołać „zainteresowanie” ze strony władz. Stąd też płyną takie zakazy jak ten sformułowany w prawach Konwentu z 1896 r. (rozdz. I, § 7): „Konwent zabrania wszystkim swym członkom …umieszczać w gazetach artykuły w imieniu Konwentu, lub traktujące o wewnętrznej organizacji Stowarzyszenia, bez wyraźnego jego zezwolenia.” Gdy w 1888 r. Andrzej Niemojewski (w czasie studiów, należał do „Polonii”), rozpoczął w „Wędrowcu” druk swoich wspomnień dorpackich , zwrócono się do niego by tego zaniechał. Obejmujący wszystkich członków zakaz aktywności politycznej, bywał powodem napięć a nawet rozłamów. Szczególnie stało się to uciążliwe w ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku, w okresie formowania się ruchów i partii politycznych. Szczególnie młodzież o poglądach radykalnych, lewicowych, z takim zakazem nie mogła i nie chciała się pogodzić. W 1889 r. doszło na tym tle do powstania „Kuchni”, efemerycznego lewicującego ugrupowania, do którego przeszła część członków „Polonii”. Jeden z takich „rozłamowców”, Stanisław Czekanowski: pisał: „Pomimo wystąpienia naszego z Konwentu, ja zostałem w osobistych dobrych stosunkach z szeregiem kolegów, wprawdzie lewica konwentowa – ci „od okna” – mieli do nas żal, żeśmy ich opuścili i teraz ci „od pieca” mają zdecydowaną przewagę. Ale gdy wreszcie ukończył Wacław Rymsza medycynę, zmieniła się atmosfera w Konwencie, przyszli nowi, jak rozumny Władysław Sołtan, późniejszy wojewoda warszawski i minister spraw wewnętrznych, Ignacy Manteuffel, przedwcześnie zmarły wojewoda kielecki, Michał Jastrzębski z głębokiego Polesia, znaleźli się później i teolodzy, nie tylko kalwińscy, lecz i augsburscy. Konwent był spokojny, pracujący” .

To dość charakterystyczne, że Czekanowski krytycznie nastawiony wobec „Polonii” i chętnie wytykający jej najróżniejsze wady, musi przyznać, że „Konwent był spokojny, pracujący”. Wydaje się, że między innymi właśnie apolityczność, zapewniała Konwentowi „spokój” i stwarzała warunki do pracy.

Inna sprawa, że w Dorpacie nie było warunków dla prowadzenia działalności politycznej, bowiem studiująca tam polska młodzież nie miałaby wobec kogo, lub wsród kogo ją prowadzić. Wydaje się, że bardzo rozsądnie oceniał to Edward Heinrich, gdy pisał o okresie manifestacji 1861 r. (po pogrzebie „pięciu poległych”): „Zastanowiwszy się głębiej, musimy stwierdzić, że robienie demonstracji w Dorpacie nie miało rzeczywiście celu. Demonstracje w kraju miały wpływać i rzeczywiście wpływały na lud i masy: miały je rozbudzać, który to cel osiągały. W Dorpacie nie było obiektu, na który demonstracjami możnaby oddziaływać” .

Trzeba wreszcie powiedzieć na czym owa „apolityczność” polegała.

Wydaje, że miarodajna jest tu opinia Hipolita Billewicza, studiującego w Dorpacie w latach 1844 – 1850, który znacznie później bo, 11 II 1898 r. wystosował do Konwentu obszerny list w którym wspomina zapamiętane przez siebie dzieje „Polonii”. W liście tym dał on wyraz następującemu przekonaniu: „Różnice opinii, przekonań i kierunków mogą i muszą istnieć pomiędzy młodzieżą, ale ponad nimi górować powinny i wszystkich jednoczyć we wspólnym braterstwie uczucia narodowe..”

„Polonia” już w pierwszych latach swego działalności, musiała zapłacić wysoką cenę za patriotyczne, a więc w gruncie rzeczy „polityczne” zaangażowanie swych członków. Już w trzecim roku swego istnienia, zgodnie z tradycją Konwentu (wymagającą weryfikacji), aż 17 członków (na ogólną liczbę 27), wzięło udział w powstaniu listopadowym. W konsekwencji w 1832 r. musiała się rozwiązać i choć już w 1834 r. zaczęła zabiegać o ponowną rejestrację, nie zdołała (aż do 1907 r.) uzyskać możliwości legalnego istnienia. Była to na tyle bolesna nauczka, że trzeba było szukać sposobów, by podobnych sytuacji w przyszłości uniknąć.

W okresie bezpośrednio poprzedzającym powstanie styczniowe, gdy przez cały kraj przetaczała się fala manifestacji i wzrastała aktywność konspiracyjna społeczeństwa, atmosfera ta dotarła i do Dorpatu. Tak to opisuje E. Heinrich: „Wobec wypadków w kraju, które w szybszym coraz następowały po sobie tempie, utworzyło się w Dorpacie w roku 1862, poza Konwentem koło młodzieży przez kooptację. X. i Z. zawezwali do swego grona kolegę N. Tych trzech, czwartego i tak dalej. W ten sposób powstało obok Konwentu grono, złożone z trzydziestu kilku studentów (jednocześnie członków Konwentu), które miało za zadanie znoszenie się z krajem i branie czynnego udziału w wytwarzającym się w nim ruchu. W kole tym stawiono wniosek, aby już w roku 1862 wszyscy się rozjechali z Dorpatu dla przygotowania i przyspieszenia ruchu. Jedni mieli działać po wsiach wśród obywateli ziemskich i włościan, inni w miastach wśród warstw mieszczańskich i robotniczych. Wniosek ten jednak nie został w całości przyjęty.”. Jak z tego widać i jak wynika z relacji B. Limanowskiego , cały ten zamysł, pozostał w sferze projektów – nie to jednak wydaje się tu ważne. Cała ta inicjatywa powstaje „poza Konwentem”, choć jej uczestnikami są wyłącznie jego członkowie. W tym stosunkowo wąskim i ogromne zżytym gronie, jest oczywiście niemożliwe by pozostali konwentowicze nic o tej sprawie nie wiedzieli. Nie słyszymy jednocześnie by Konwent w tej sprawie się zbierał i podejmował jakiekolwiek decyzje. Wydaje się, że mamy tu do czynienia z zabiegiem czysto formalnym mającym na celu ominięcie angażowania Konwentu do sprawy mającej charakter polityczny, mogącej za sobą pociągnąć represje.

Cofnijmy się teraz do końca roku 1836, kiedy zaczyna się tworzyć na Uniwersytecie Dorpackim, konspiracyjna organizacja studencka nazywana „spiskiem Karola Hildebrandta” (od nazwiska jej założyciela i lidera) – była ona zbliżona do istniejących w tym samym czasie studenckich organizacji spiskowych w Akademii Medyko – Chirurgicznej w Wilnie (spisek Franciszka Sawicza) i Uniwersytecie Kijowskim (spisek Władysława Gordona) , wszystkie one związane były (najluźniej spisek dorpacki) z Stowarzyszeniem Ludu Polskiego Szymona Konarskiego. W istniejącej, skromnej literaturze przedmiotu , dotyczącej spisku dorpackiego, albo nie wspomina się o fakcie istnienia tam w tym czasie „Polonii”, albo przedstawia się obie organizacje jako zupełnie odrębne, lub wręcz wobec siebie opozycyjne . Zarówno Karol Hildebrandt, jak i pozostali uczestnicy jego spisku objęci śledztwem (aresztowania zaczęły się w 1838 r.) w liczbie siedemnastu (w spisku uczestniczyło więcej osób, przynajmniej siedem z nich uniknęło represji), wszyscy byli członkami „Polonii”, można też wykazać, że wcale nie było tu żadnego wewnętrznego konfliktu – nawet cele spisku były całkowicie zbieżne z celami, które „Polonia” realizowała. Hildebrandt zeznawał w śledztwie, że zadaniem ich było: „dbać o to, ażeby nie wykroczyć przeciwko zasadom dobrej moralności, aby złym postępowaniem nie dawać przykładu innym studentom, dbać o utrzymanie wśród mieszkańców Dorpatu dobrej opinii o reputacji studentów narodowości polskiej; starać się jak najusilniej o doskonalenie swego wykształcenia, poznać ojczystą historię i literaturę…. . Oczywiście działalność tego spisku wykraczała poza wymienione w śledztwie cele i być może właśnie dlatego, dbano by „Polonii” nie skompromitować i wręcz jej istnienia nie ujawniać. Uczestnicy spisku zapłacili wysoką cenę – jeden zmarł w więzieniu (Julian Walicki), Karol Hildebrandt został zesłany na Syberię, dziesięciu do guberni europejskich, dwóch zbiegło za granicę, innych relegowano. W śledztwie jednak ani jedno słowo o istnieniu korporacji nie padło a „Polonia” jako organizacja nie ucierpiała. Cała ta sprawa, jak i sam spisek K. Hildebrandta, zasługują z pewnością na gruntowne opracowanie.

W powstaniu styczniowym wzięła udział większość członków „Polonii” – licząc razem z tymi, którzy Uniwersytet Dorpacki ukończyli wcześniej, w powstaniu tym wzięło udział co najmniej 136 „Polonusów” , Konwent jednak i w tej sprawie nie podejmował żadnej uchwały.

Tak ukształtowana „apolityczność”, u schyłku XIX w. wzbogaciła się jeszcze o „apartyjność” – niechęć do, jak wtedy mówiono „partyjniactwa” (być może lepiej byłoby tu mówić o „nadpartyjności”).

Tu może warto sięgnąć do broszury jaką z okazji stulecia Konwentu w Wilnie w 1928 r. napisał Bronisław Wróblewski. Autor studiował w Dorpacie prawo w latach 1910 – 1915 i należał wtedy do „Polonii”, a od 1921 r. był profesorem prawa karnego na Uniwersytecie Stefana Batorego i wybitnym w swojej dziedzinie autorytetem

Broszurze swej nadał Wróblewski nieco przewrotny tytuł – Ideologia korporacji akademickich – przewrotny, bowiem jak stwierdzał na wstępie, obawia się „młodzieży ideowej”, która ową „ideowość” zmonopolizowała i zastrzegł się, że będzie „pisał mając na względzie młodzież „nieideową” – korporacyjną, do której należałem”. W swej broszurze wymienia i omawia ideały, czy raczej cnoty, które są lub powinny być jego zdaniem rozwijane w korporacjach akademickich, wyliczając trzy, które można kształtować i które uważa za najważniejsze: uczciwość , honor i solidarność. W związku z ideałem ostatnim, stwierdzał, że należy z korporacji usuwać wszystko co stanowi zagrożenie dla wewnętrznej spójności, tak więc trzeba „ażeby z wewnątrz korporacji została usunięta polityka. Jest to szczególnie niebezpieczny wróg życia korporacyjnego, wróg chytry i przebiegły” .

Wszystko to czym wyżej była mowa, ów splot szczególnych warunków i okoliczności, trudnych do powtórzenia, które na fenomen „Polonii” się złożyły, pozwala mówić o specyficznym modelu tej korporacji. Nie ma tu chyba jednak uzasadnienia mówienie o „polskim modelu korporacyjnym” jak to uczyniła Dorota Kielak . Polski ruch korporacyjny tak burzliwie się krzewiący w dwudziestoleciu międzywojennym (poza korporacjami „starymi”: Arkonią, Welecją i Jagiellonią powstałą w 1910 r. w Wiedniu), nie powielał tego modelu, zwłaszcza gdy chodzi o takie jego cechy jak tolerancja czy apolityczność .

Polski ruch korporacyjny w XIX wieku, czerpiący w sposób oczywisty inspirację i korzystający z niemieckiego modelu organizacyjnego – nie doczekał się do tej pory większego zainteresowania historyków, zainteresowania na jakie niewątpliwie zasługuje. Właściwie tylko prace Marii Wawrykowej stanowią tu godny podkreślenia wyjątek . Większość tego typu organizacji działała na uniwersytetach niemieckich poza granicami Imperium Rosyjskiego (Berlin, Lipsk, Wrocław) a jedynie nieliczne na uniwersytetach polskich (Kraków, Warszawa) – wszystkie one miały jednak charakter efemeryczny, nie pozostawiając wyraźniejszych śladów swej działalności.

Zdecydowany wyjątek stanowią tu polskie korporacje akademickie powstałe i działające przy uczelniach guberni nadbałtyckich. Wymienić tu trzeba dwie korporacje powstałe na Politechnice Ryskiej – „Arkonię” utworzoną w 1879 r. i kilka lat późniejszą (1883 r.), „Welecję” . Niewątpliwie najwcześniejszą i najdłużej działającą (już 175 lat !) jest utworzona w 1828 r. na uniwersytecie w Dorpacie – „Polonia”.

Dzieje tej korporacji doczekały się już kilku opracowań o bardzo różnym charakterze i poziomie. Większość z nich została napisana przez członków „Polonii”, nie zawsze profesjonalnych historyków. Najwcześniejsza, której autorem był Gustaw Manteuffel , wydana została w Warszawie w 1911 roku, nakładem Stowarzyszenia Byłych Wychowańców Uniwersytetu Dorpackiego . Autor, znany badacz dziejów Inflant a jednocześnie członek „Polonii”, nadał swej książce charakter niejednorodny, mieszając konwencje naukowej monografii i osobistych wspomnień. Książka została napisana z tezą, zawartą w tytule ( były uniwersytet dorpacki ) – surowej krytyce poddana tu została rusyfikacja uczelni w końcu XIX wieku. Manteuffel uważał, że Uniwersytet w Dorpacie przestał istnieć a na jego miejscu powstała nowa i na słabym poziomie uczelnia, jaką był Uniwersytet Juriewski. Zarówno książka, jak i jej autor stali się przedmiotem represji . Następne dwie prace pochodzą z 1939 r. i miały wejść do trzytomowego dzieła poświęconego dziejom „Polonii”. Cały nakład uległ zniszczeniu jesienią 1939 r.. Szczęśliwie zachowały się kolumny korektorskie tomu pierwszego, przechowywane obecnie w Archiwum Archidiecezji Warszawskiej . Zachowane w ten sposób zostały prace Bohdana Wydżgi i Jana Niedziałkowskiego , ich niewątpliwym walorem jest fakt, że obaj autorzy wykorzystali obszerne archiwum „Polonii”, dziś częściowo utracone i rozproszone . Kolejna praca, to niewielkie objętościowo opracowanie Antoniego Minkiewicza, powstałe z okazji 150 – lecia „Polonii” , cenne tym że dokumentuje tradycję i właściwy tej korporacji sposób widzenia własnych dziejów. Najświeższą a jednocześnie jedyną, napisaną przez historyka nie będącego członkiem „Polonii”, rozprawą na ten temat, jest praca Arkadiusza Janickiego , wykorzystująca starannie istniejącą literaturę i źródła do jakich mógł dotrzeć. Oczywiście istnieje wiele większych czy mniejszych artykułów czy przyczynków dotykających różnych fragmentów dziejów „Polonii”, jak również znaczna ilość pamiętników pisanych przez studentów Dorpatu. Wszystko to razem, obok zachowanych źródeł dokumentowych, stwarza możliwość napisania gruntownej i odpowiadającej rygorom naukowym monografii tej korporacji.

Jednak nie dzieje „Polonii”, będą tu przedmiotem zainteresowania, ile próba opisania fenomenu jaki ta korporacja niewątpliwie stanowiła i wskazania na splot szczególnych okoliczności, trudnych do powtórzenia, które na ten fenomen się złożyły.

Uniwersytet w Dorpacie powstały w 1802 r. (choć tradycje akademickie tego miasta są znacznie wcześniejsze a początki związane są z utworzonym tu w końcu XVI w. kolegium jezuickim), dość szybko zaczął przyciągać uwagę młodzieży polskiej. Tylko jako ciekawostkę można tu przytoczyć to co 20 maja 1820 r. w liście do A. Mickiewicza, pisał Jacek Jeżowski, który donosił, że na zebraniu „Promienistych”, mówiono o „możliwości rozpoczęcia korespondencji z Wrocławiem i Dorpatem” . Jest to o tyle interesująca informacja, że gdy możemy się domyślać, że we Wrocławiu chodziło o działającą tam korporację „Polonia”, to trudno nam odpowiedzieć na pytanie, kto mógłby być potencjalnym korespondentem w Dorpacie. Faktem jest, że mniej więcej w tym właśnie czasie, polscy studenci zaczęli się liczniej pojawiać w uczelni nad Embachem, ilość ich wyraźnie wzrosła po wileńskim procesie Filomatów, a tendencja ta umocniła się po powstaniu listopadowym, gdy po zamknięciu uniwersytetów Wilnie i Warszawie, uczelnia dorpacka okazała się nie tylko atrakcyjna ze względu na swoje relatywnie niewielkie oddalenie, ale szczególnie ze względu na duży zakres swobód jaki tylko tam na terenie Cesarstwa mogli znaleźć .

Całe życie studenckie tej uczelni podporządkowane było istniejącym tu korporacjom tworzącym, jak to chyba bez większej przesady określano – „republikę”, czy też „państwo burszowskie” – „Burschenstaat”. Los słuchaczy, jak się zdaje nielicznych, którzy do żadnej korporacji nie należeli, owych jak ich nazywano „dzikich” – „wilderów”, był nie do pozazdroszczenia.

Istniejące w Dorpacie korporacje niemieckie: „Curonia” (powstała w 1808 r.), „Estonia” (r. 1821), „Livonia” (1822 r.) i „Fraternitas Rigensis” (1823 r.), były ukonstytuowane według modelu ziomkostw – „Landsmannschaftów”, a próba tworzenia Burschenschaftu organizacji zrzeszającej ogół studentów zakończyła się w Dorpacie niepowodzeniem.

Polscy studenci pochodzący przeważnie z terytoriów innych niż te, które stanowiły „bazę rekrutacyjną” wspomnianych korporacji, nawet ze względów formalnych nie mogli do nich wstępować (choć jak się zdaje owa zasada terytorialności nie była zbyt rygorystycznie przestrzegana) a także w sposób oczywisty nie mieli na to większej ochoty.

Nie może dziwić, że w tej sytuacji zakładają polscy studenci Uniwersytetu Dorpackiego własną korporację, przyjmują dla niej model Landsmannschaftu i przybierają nazwę „Polonia”. Daty dziennej powstania „Polonii” niestety nie znamy, wiemy jedynie, że stało się to w pierwszej połowie r. 1828.

Wybór nazwy podyktowany był jak się zdaje (wszystkich motywów nie znamy, choć niektórych możemy się domyślać) względami by tak powiedzieć „technicznymi” – nazwa nowej organizacji powinna była wskazywać obszar z którego mieli się rekrutować jej członkowie a więc Litwy, Żmudzi, polskich Inflant, Wołynia, Podola, Królestwa Kongresowego, krótko mówiąc z przedrozbiorowych ziem byłej Rzeczypospolitej – nazwa „Polonia” była tu wybrana chyba najtrafniej.

Już pierwsze lata istnienia tej korporacji nasycone były eufemistycznie mówiąc „kłopotami”, które zresztą będą jej towarzyszyć przez wszystkie kolejne lata istnienia. W 1832 r., w związku z obawą represji po powstaniu listopadowym, „Polonia” się rozwiązała. Było to jak się zdaje rozwiązanie wyłącznie formalne, bowiem już w 1834 r. oficjalnie zawiązuje się na nowo, tyle że Chargierten – Convent (organ złożony z wybranych przedstawicieli korporacji niemieckich, czuwający nad całością życia studenckiego w uniwersytecie), nie dopuszcza reprezentantów „Polonii” do swego składu, co uniemożliwia rektorowi uznającemu za wiążące decyzje tego ciała, formalną rejestrację korporacji. Od tej pory „Polonia” będzie istnieć wprawdzie jawnie (w niektórych okresach półjawnie), ale z formalnego punktu widzenia nielegalnie. Jak się zdaje tylko na Uniwersytecie Dorpackim była możliwa tego typu sytuacja – nie do pomyślenia w innych uczelniach Cesarstwa.

Wszystko to razem wpłynęło na szczególny charakter „Polonii”.

Jednym z ważniejszych czynników kształtujących oblicze tej korporacji było owo terytorialne kryterium, które niejako obligowało do przyjmowania tych wszystkich studentów, bez względu na ich narodowość, wyznanie i status społeczny, którzy przybywali z terenów byłej Rzeczpospolitej. I rzeczywiście, choć na liście członków przeważają, co nie dziwi, Polacy i katolicy, ale są również Niemcy, Litwini, Żydzi, Białorusini, Rusini, Tatarzy, są liczni przedstawiciele innych wyznań chrześcijańskich: luteranie, kalwini, unici i prawosławni, są też żydzi, karaimi i muzułmanie. Oczywiście przytłaczającą większość stanowią synowie szlacheccy (być może lepiej byłoby tu mówić o ziemiaństwie), liczni są jednak i reprezentanci innych grup społecznych – dzieci mieszczan, czy wręcz bogatej burżuazji, inteligencji (synowie lekarzy, adwokatów, nauczycieli, urzędników), są też choć nieliczni synowie chłopscy. Ta heterogeniczność składu osobowego „Polonii” (różnice narodowe, religijne, społeczne i wręcz kulturowe), prowadziła nieraz do wewnętrznych sporów, napięć a nawet rozłamów, działała jednocześnie w stronę całkowicie przeciwną, zmuszając do wypracowania norm współżycia i wzajemnej tolerancji, sprzyjając wytworzeniu silnych więzów koleżeństwa i poczucia jedności. Ignacy Baranowski studiujący medycynę w latach 1852 – 1858, pisał w swych pamiętnikach, że to zróżnicowanie młodzieży, „Nie psuło harmonii pożycia, przeciwnie, różnorodność usposobień, dając pole do dysputy, starć, ułatwiała wzajemne poznanie się młodzieży między sobą i wzajemne poznanie, zrozumienie prowincjonalnych różnic.”

Kolejnym czynnikiem determinującym kształt dorpackiej „Polonii”, były warunki jakie stwarzało to niewielkie położone nad Embachem miasto. W odróżnieniu od takich miast uniwersyteckich jak Petersburg, Moskwa czy Kijów – Dorpat nie dostarczał młodzieży atrakcji nazwijmy to wielkomiejskich, atrakcji które mogłyby ją wciągnąć i uwieść. Stali mieszkańcy Dorpatu – niemieckie mieszczaństwo i ludność rdzenna, Estończycy („Czuchoni”), była na tyle obca polskiej młodzieży, że ta nie wchodziła z nią w bliższe kontakty. Konflikt między „Polonią” a pozostałymi niemieckimi korporacjami jaki pojawił się w 1832 r., a w latach następnych się nasilał , nie sprzyjał w sposób oczywisty ewentualnemu zbliżeniu z resztą środowiska uniwersyteckiego (choć oczywiście bywały tu wyjątki). W tej sytuacji polscy studenci byli niejako zdani na siebie. Oddaleni od swego „środowiska naturalnego”, od rodzin które w czasie studiów mogli odwiedzać wcale nie za często, tylko w swojej korporacji znajdowali miejsce zastępujące rodzinny dom, miejsce gdzie mogli być razem, miejsce które dawało im poczucie bezpieczeństwa, w tym również materialnego (w „Polonii” wcześnie pojawiły się różne, z czasem rozbudowywane formy samopomocy). Jak wspominał B. Dybowski : „Stosunki z mieszkańcami Dorpatu były dość luźne. Polacy żyli jak na obczyźnie wśród własnego towarzystwa” .Wszystko to nieuchronnie budowało silne poczucie więzi koleżeńskiej i solidarności, które uformowane w czasie studiów nie ustawało i w późniejszym życiu, czego liczne przykłady można by przytoczyć. Wzmacniało to jednocześnie siłę oddziaływania tego tak uformowanego koleżeńskiego kolektywu, który miał moc kształtowania charakterów i postaw. Marian Kunicki , w swych wspomnieniach, nieco zapewne idealizując, tak tę sytuację opisywał: ” Konwent Polski, który nas wszystkich łączył, był jakby miniaturą Polski, jakby częścią Ojczyzny na obczyźnie … szkołą patriotyzmu i życia społecznego i obywatelskiego, szkołą honoru, obowiązków, charakterów, przyjaźni koleżeńskiej – jakiej potem nigdy i nigdzie już nie spotkałem! Konwent nasz zastępował też nam strzechę rodzinną i pozwalał zapominać, ze jesteśmy w obcym i dalekim kraju. … Wychowawcze, moralne znaczenie Konwentu, tego prawdziwego asylum polskości było ogromne”.

Byłoby niesprawiedliwością nie podkreślić jeszcze raz faktu, że wszystko to nie byłoby możliwe, gdyby nie to że Uniwersytet Dorpacki, był nie tylko znakomitą uczelnią na europejskim poziomie, dającą swym studentom szansę na zdobycie solidnego wykształcenia, był także uczelnią cieszącą się wyjątkową w Cesarstwie Rosyjskim autonomią bez której to wszystko byłoby niemożliwe. Polscy studenci zdawali sobie z tego sprawę i niejednokrotnie to akcentowali. Marian Zdziechowski studiujący filologię w latach 1880 -1883, wspominał: „Silne wrażenie sprawiła na mnie pierwsza knajpa, ściśle mówiąc jej początek. Zebrawszy się i zasiadłszy przy wspólnym stole konwentowicze (było nas koło 80) na dany znak powstawali z miejsc, zdejmowali czapki, tak zwane konwentówki – w czapkach bowiem według utartego zwyczaju knajpowano – po czym następował uroczysty, piękny śpiew Cześć polskiej ziemi cześć , śpiew, powiedziałbym, afirmujący na gruzach Ojczyzny jej nieśmiertelną potęgę, bo choć rozdarta i deptana, żyje życiem potężnym w sercach jej wiernych synów. Dorpat jedynym był w państwie carów miejscem, gdzie wolno było hymny na cześć Polski wznosić, niemal publicznie, bez obawy, że ktoś podsłucha i doniesie, że wkroczy policja, że nastąpią areszty i więzienie.”

Jeszcze jednym z czynników kształtujących oblicze „Polonii”, czynnikiem trudnym do zdefiniowania, ale działającym bardzo silnie, była tradycja filomacko – filarecka . Gdy po 1824 r. zaczął się zwiększony napływ młodzieży wileńskiej do Dorpatu, przynosiła ona ze sobą idee filareckie i filomackie . Wyrażało się to w różny sposób, czasem tylko zewnętrzny (w repertuarze pieśni śpiewanych w „Polonii”, ważne miejsce zajmowały pieśni filareckie, dewizą korporacji, stało się mickiewiczowskie „jedność większa od dwóch”…). Lektury z kręgu filareckiego, a zwłaszcza utwory A. Mickiewicza, były w tym środowisku bardzo popularne i stale obecne. Nie było to niczym nadzwyczajnym, wpływ Czeczota, Zana, Mickiewicza i ich kolegów, czy może raczej ich legendy, na następne pokolenia młodzieży polskiej jest dobrze znany . W Dorpacie jednak siła tej tradycji była tak wielka, że z czasem przerodziła się w przekonanie, że to filomaci i filareci byli założycielami „Polonii”. Jeszcze w 1978 r., w swym opracowaniu napisanym z okazji 150 – lecia „Polonii”, Antoni Minkiewicz pisał, że kilkunastu „studentów z Wilna, przeważnie byłych filaretów, założyło w początkach 1828 r. w Dorpacie polski związek studencki”

Jak już wyżej powiedziano, trudno precyzyjnie określić, na czym konkretnie ów wpływ dziedzictwa filomacko – filareckiego polegał. Bez większej obawy popełnienia błędu, można jednak powiedzieć, że były to idee braterstwa, solidarności, równości, oraz kult utraconej ojczyzny. Obecne było w „Polonii” również głębokie przekonanie o potrzebie etycznego samodoskonalenia i samokształcenia dla pożytku narodowego tak silnie akcentowane w Towarzystwie Filomatów.

Wszystko to razem składało się na odmienność tej korporacji gdybyśmy ją mieli porównywać z pozostałymi niemieckimi Landsmannschaftami nastawionymi głównie na wspólne, przyjemne spędzanie czasu.

Ze względu na ograniczone rozmiary niniejszego tekstu, próba określenia cech specyficznych organizacji nas tu interesującej, ograniczona została do dwóch jedynie, jak się wydaje ogromnie ważnych spraw – „Polonia”, jak należy sądzić, niemal od samego początku prezentuje się jako organizacja kładąca znaczny nacisk na samokształcenie swych członków, oraz silnie podkreślająca swą apolityczność.

Trudność w określeniu formujących się stopniowo postaw ideowych „Polonii”, polega głównie na niedostatku źródeł, które by mogły tu być pomocne. Dotyczy to szczególnie okresu najwcześniejszego. Tym cenniejszy wydaje się w tej sytuacji artykuł studenta Uniwersytetu Dorpackiego i członka „Polonii”, Romana Kępińskiego , jaki ukazał się w „Birucie” w 1838 r. Nie jest to tekst intelektualnie głęboki, nie przynosi też jakichś nowych odkrywczych myśli, jest jednak interesujący jako świadectwo sposobu i kierunku myślenia autora, a także jego kolegów, trudno bowiem sobie wyobrazić by przed wysłaniem do redakcji nie był ten artykuł w gronie przyjaciół prezentowany i dyskutowany, był też jak należy sądzić przedmiotem koleżeńskiej uwagi już po jego publikacji.

Pisał Kępiński: „Społeczeństwo wtedy tylko ma dobry działań swoich koniec, jeśli jednostki składające ono dobre są. Światło, wszak nie samo świeci, ale z pomocą promieni; jakie więc są promienie światła, taka moc jego. Jednostki w społeczeństwie, są to promienie jego światła. O ile więc one do jasnej wyrobią się farby o tyle całość jaśnieje. Żaden naród nigdy się jeszcze innym nie pokazał – jak jest – to jest: jakie są cząstki, indywidua, jednostki, z których się składa. …. Myśl moja, taka jest: że kto z gumna indywidualnej możności swojej, powszechnej społeczeństwa nie sporzy intraty, ten – już tem samem i ogółu i swój podkopuje fundament. Bo gdyby wszyscy czynili podobnie, zguba byłaby nieuchronną.” Człowiek zdaniem Kępińskiego winien być tym „który po drodze nauki idzie … Takie to indywiduum jest w sile i swój zakrzepić fundament i społeczeństwa, do którego należy. Jeżeli zaś nie czyni zadość tej powinności – gubi siebie i społeczeństwo.”

Że tak rozumiany program kształcenia i samokształcenia, był w „Polonii” obecny, możemy na to przytoczyć szereg dowodów. Tendencja ta uległa wyraźnemu wzmocnieniu w 1843 r., gdy „Polonia” w wyniku głębokiej węwnętrznej reformy przeprowadzonej z inicjatywy Tytusa Chałubińskiego, zerwała stanowczo kontakty z korporacjami niemieckim. Pisał o tym naoczny świadek wydarzeń, kolega z czasów studiów Chałubińskiego, Romuald Pląskowski . W wspomnieniowym artykule napisanym z okazji śmierci Tytusa Chałubińskiego , stwierdzał: „stawała nam na zawadzie… „burszeria studencka”, dominująca w istniejących podówczas prowincjonalnych „landsmanszaftach”, to jest liwońskim, ryskim, kurlandzkim i estońskim, która narzucała znajdującym się w uniwersytecie Polakom… niezgodne z wyższym pojęciem zasady pożycia koleżeńskiego. …Naradzano się długo w koleżeńskim gronie, jakby uwolnić się od tego uciążliwego jarzma, przygnębiającego zdrowotne warunki życia czerstwej młodzieży, z poniżeniem wrodzonych zdolności każdego prawie przybyłego osobnika, żądnego osiągnięcia wszechwiedzy i specjalnej nauki”. Podjęto decyzję oznaczającą „rozbrat doszczętny z owymi czterema korporacjami studentów … powstały wówczas dwa sprzeczne w swych zasadach obozy: jeden dawny, korporacyjny, lubujący się do przesytu w knajpiarstwie, fechtowaniu i częstych skandalach burszowskich …, oraz nasz drugi cichy, wysoce etycznie przekształcony pod względem pojęcia życia uniwersyteckiego. …Komuż więc w tak roztropnie i szczytnie przeprowadzonej reformie samokształcenia się dorpackich kolegów, wypada wdzięczność okazać, jeżeli nie inicjatorowi i wykonawcy owego projektu, to jest śp. Tytusowi Chałubińskiemu?”

Pląskowski pisząc swój tekst, musiał pamiętać o cenzurze a jednocześnie o tym, by nie uczynić szkody nadal przecież działającemu, choć nielegalnie w Dorpacie Konwentowi Polskiemu. Podkreśla więc antyniemieckość reformy której głównym autorem był Chałubiński i stara się przekonać, że od tej pory polscy studenci, w zgodzie z prawami na uniwersytecie obowiązującymi oddają się wyłącznie nauce. Wymykają mu się jednak słowa o „reformie samokształcenia się dorpackich kolegów”, z którego to sformułowania jasno wynika, że nie chodzi tu tylko o rzetelną naukę na wybranych przez studentów wydziałach, ale i o zdobywanie jakiejś innej wiedzy nie objętej uniwersyteckimi programami nauczania. Jaki był program i cel owego „samokształcenia”, możemy się dowiedzieć z szeregu wspomnień, tu ograniczymy się do relacji Edwarda Heinricha , który tak opisuje scenę swego przyjęcia do „Polonii” w I sem. 1860 r. (był to ostatni rok gdy „Polonia” występowała pod nazwą „Ogółu”, prezes jej nosił wtedy miano „gospodarza”):

„U gospodarza zastałem kasjera, bibliotekarza i jeszcze dwóch starszych kolegów. W ich obecności miał gospodarz do mnie przemowę, jak do każdego nowo wstępującego, w której wyraził cel koła koleżeńskiego i przyszłe moje względem niego obowiązki. Treściwie a poważnie mówił, że zadaniem „Ogółu” jest łączenie młodzieży z różnych stron kraju, pomaganie sobie wzajemne intelektualne, etyczne i materialne, ku czemu służy biblioteka i kasa stowarzyszenia. Obowiązkiem każdego członka jest poznanie własnej ziemi: prócz studiów specjalnych obowiązkiem jest więc poznanie historii i literatury własnego narodu. Przez wzajemne obcowanie kolegów z różnych dzielnic winniśmy tym lepiej poznać własną ziemię, na której obywateli mamy się kształcić. I rzeczywiście ówczesny „Ogół” spełniał to zadanie, jak gdyby były jego dewizą słowa Supińskiego : „Pierwszym artykułem wiary naszej jest powołanie wszystkich do pracy obywatelskiej, bezwzględna kompetentność każdego stanu, stronnictwa i wyznania. Chlubą narodu jest pozyskiwanie nowych obywateli”. Ówczesny „Ogół” w istocie łączył młodzież różnego położenia towarzyskiego, różnego pochodzenia i wyznania. Łączył ją w jednej myśli i w jednym uczuciu ukochania tego, co dobre, szlachetne i swojskie, pielęgnował stare, a zawsze nowe, niespożyte hasło – miłości kraju”.

W gruncie rzeczy mamy tu tę samą myśl, z którą spotkaliśmy się u R. Kępińskiego, należy się uczyć, by służyć społeczeństwu – tyle tylko, że tu już, bez ograniczenia jakie tam narzucała cenzura, społeczeństwo owo zostało nazwane. Zwróćmy przy tym uwagę na niepozbawiony pikanterii fakt, że autorem tych słów i przyjmowanym, był Edward Wilhelm Heinrich, luteranin, syn urodzonego w Berlinie Teodora i Marii z domu Schultz, zaś przyjmującym, gospodarzem „Ogółu”, był baron Franciszek Ungern von Sternberg…. Dotykamy tu sprawy bardzo istotnej, której nie można ominąć, choć wymagałaby ona osobnego gruntownego studium. Uniwersytet Dorpacki był jedyną w Imperium Rosyjskim uczelnią, która nie tylko studentów z Polski nie rusyfikowała (także nie germanizowała), ale wręcz odwrotnie – polonizowała. Jest w tym niewątpliwie zasługa dorpackiej „Polonii”. W swoim referacie wygłoszonym w czasie obchodów stulecia Konwentu w Wilnie w 1928 r., jeden z dorpatczyków – Bohdan Wydżga mówił: „Przechowaliśmy na obczyźnie myśl i obyczaj narodowy – nawet nie rzadko budziliśmy je. Bo rzecz na pozór niewiarygodna, a jednak prawdziwa, że niejeden młodzieniec, który przyjeżdżając do Dorpatu – czy to na skutek obcych wpływów, czy też niezdecydowanych stosunków w rodzinie – nie umiał po polsku, tu się swej mowy – źle czy dobrze – uczył, tu się uczył myśleć i czuć po polsku – a to ostatnie już niewątpliwie dobrze. To też niejeden dorpatczyk w dojrzałym już wieku publicznie wyznawał, że dopiero śród „Polonii” dorpackiej stał się Polakiem” . Nie ma w tych słowach okolicznościowej, rocznicowej przesady. Najłatwiej to pokazać na przykładzie studentów teologii. W XIX wieku Dorpat był w państwie rosyjskim jedynym miejscem kształcenia duchownych protestanckich, nic więc dziwnego, że pastorzy – dorpatczycy od połowy XIX wieku do lat II wojny światowej na terenie Królestwa Polskiego i „guberni zabranych” a następnie w II Rzeczpospolitej, odgrywali dominującą rolę w Kościołach obu protestanckich wyznań. Część młodych ludzi wyznania ewangelicko augsburskiego, przybywających z Królestwa Polskiego na studia do Dorpatu, pochodziła z rodzin pochodzenia niemieckiego, czy wręcz niemieckich. Mówił o tym cytowany już B. Wydżga: „Jest faktem namacalnym, niezbitym, że Polonia Dorpacka wydała cały szereg, po polsku myślących i czujących duchownych tego wyznania. Czyniła to bezwiednie – a więc być może, bez tytułu do zasługi – czyniła to bez myśli o propagandzie i może właśnie dlatego, dobrze i skutecznie. Sprawiała to siła czaru serc młodzieńczych, szczera prostota życia koleżeńskiego… Wychowańcy nie tylko uniwersytetu, ale śmiem twierdzić i Polonii Dorpackiej stworzyli w byłym zaborze rosyjskim zastęp pastorów – Polaków, którzy mimo oporu ze strony swych niemieckich współwyznawców, potrafili nawet w najzawziętszych ostojach niemczyzny, jak Łódź czy Pabianice, wprowadzić polski język do nabożeństwa i kazań. Potrafili to uczynić i wytrwać…”

Temat to zbyt obszerny, by go tu rozwijać, nie ma zresztą po temu większej potrzeby, bowiem w ostatnich latach Tadeusz Stegner w szeregu swych znakomitych prac, uczynił to już w sposób gruntownie uargumentowany i przekonujący . Tylko jako ilustrację tego o czym wyżej była mowa, przytoczmy za tym badaczem przykład, być może jednostkowy, ale i bardzo wymowny. Pisze Tadeusz Stegner: „Wielką postacią w dziejach polskiego protestantyzmu był studiujący w Dorpacie w latach 1880 – 1884 Juliusz Bursche (1862 – 1942). Pochodził z rodziny pastorskiej, w której na codzień używano języka niemieckiego. Dopiero w gimnazjum w Warszawie, a potem na studiach w Dorpacie nauczył się języka polskiego i poprzez m. in. działalność w polskich korporacjach studenckich stał się świadomym narodowo Polakiem”

Zwróćmy uwagę na ten paradoksalny a jakże znamienny fakt – J. Bursche, języka polskiego nauczył się w rosyjskim gimnazjum i na niemieckim uniwersytecie…

Dodajmy, że w czasie uroczystości stulecia „Polonii” w Wilnie w 1928 r. , w czasie mszy w kościele ewangelicko – augsburskim, którą jako zwierzchnik Kościoła luterańskiego w II Rzeczpospolitej koncelebrował razem z superintendentem Kościoła ewangelicko – reformowanego Michałem Jastrzębskim (również jak on dorpatczykiem i „Polonusem”), J. Bursche wygłosił kazanie w którym powiedział: „Łączenie się w jedną organizację – powiedziałbym nawet, w jeden organizm – ludzi pochodzących z różnych środowisk, często wręcz rozbieżnych przekonań, ścieranie się z sobą najrozmaitszych poglądów, posiedzenia konwentowe i dyskusje na nich toczone, miłe po pracy zebrania koleżeńskie, zaprawione i powagą i humorem, cudne nasze pieśni konwentowe – wszystko to razem, wywierając niezmierny a dodatni wpływ na dusze młode „utwierdzało” serca nasze, kształciło w nas charakter, czyniło z nas ludzi, którzy wiedzą czego chcą i do wytkniętych celów z całą świadomością dążą, zaprawiało nas do samodzielnej pracy, budziło w nas poczucie własnej odpowiedzialności, pogłębiało w nas miłość ojczyzny i zrozumienie obowiązków względem niej, uczyło nas karności i poszanowania autorytetu, bez czego żadne społeczeństwo istnieć nie może i czego zwłaszcza nam Polakom tak bardzo potrzeba.”

Za swą polskość zapłacił J. Bursche, cenę najwyższą – aresztowany przez gestapo w październiku 1939 r., więziony w obozie Sachsenhausen – Oranienburg, zmarł w 1942 r.

B. Wydżga w jednym nie ma racji, sugerując, że działalność samokształceniowa, wychowawcza „Polonii” była mimowolna, „samowiedna”. „Polonia” tego typu aktywność traktowała jako obowiązek statutowy. W pochodzącym z przełomu XIX i XX wieku, tekście Praw Konwentowych, jednym z najstarszych do dziś zachowanych, a będącym rozwinięciem wcześniejszych tego typu dokumentów, na samym początku rozdziału I („Prawa zasadnicze Konwentu”), czytamy w § 1: „Stowarzyszenie „Polonia” jest kołem koleżeńskim mającym na celu: a) złączenie wszystkich Polaków, studentów Uniwersytetu Dorpackiego ściślejszym węzłem koleżeńskiego pożycia; b) zaradzanie wspólnym potrzebom wspólnemi siłami; c) wyrabianie i przestrzeganie etycznego, zgodnego z honorem postępowania; d) współdziałanie w umysłowym rozwoju członków. W tym celu posiada bibliotekę, oraz czytelnię.”

Znowuż musimy się powstrzymać od szczegółowego opisu form i metod jakie były stosowane dla realizacji tego celu, trzeba jednak powiedzieć o jednym z najważniejszych narzędzi, jakie temu służyło. Była to niewątpliwie, wymieniona w cytowanym wyżej dokumencie biblioteka. Nie znamy jej początków, są jednak pewne przesłanki pozwalające sądzić, że już w połowie lat 30-tych w. XIX była gromadzona. W najstarszym z zachowanych tekstów Praw Konwentowych z 1872 r., przepisy poświęcone funkcjonowaniu biblioteki (rozdz. V, 1) i obowiązków bibliotekarza (rozdz. VII, 2) należą do najobszerniejszych i najbardziej szczegółowych, zajmując pod względem objętości ponad 20 % całości. Zdaje się to świadczyć o dawności tych przepisów, a więc i biblioteki, która przy wszystkich zawirowaniach i dramatycznych przełomach a niekiedy i rozłamach jakie miały miejsce w „Polonii”, trwała nieprzerwanie wzbogacana stale dzięki polityce zakupów. To wieloletnie trwanie spowodowało, że regulamin biblioteki, wyrosły i sprawdzony w ciągu długiej praktyki mógł przybrać tak przemyślaną, rozbudowaną i szczegółową formę. Widać jednocześnie wyraźnie jaką wagę przywiązywano w „Polonii” do tego księgozbioru. W tekście praw konwentowych z 1872 r. czytamy: „Biblioteka mająca na celu pożytek i rozrywkę członków Konwentu, jako też jak najszersze rozpowszechnienie między nimi znajomości piśmiennictwa krajowego, znajduje się pod kierownictwem rady bibliotecznej i pod zarządem bibliotekarza; jest ona stale pomnażaną z funduszu wyznaczonego przez Konwent co półrocze na walnym posiedzeniu, pod rubryką wydatków bieżących” . Wyodrębnioną częścią biblioteki, była czytelnia, gromadząca i udostępniająca czasopisma. W zachowanym Sprawozdaniu semestralnym Konwentu za 1 sem. 1909 r. , wymienionych jest 26 tytułów gazet i czasopism prenumerowanych dla czytelni, spis ten obejmuje właściwie wszystkie ówczesne, ważniejsze periodyki polskie (m. in. „Biblioteka Warszawska, „Przegląd Historyczny”, „Przegląd Filozoficzny”, „Ekonomistyka” – z rosyjskich jedynie „????” i „????? ????”). Biblioteka Konwentu nie miała na celu dublowania Biblioteki Uniwersyteckiej i gromadziła głównie książki i czasopisma polskie. Gromadziła również wydawnictwa emigracyjne, nielegalne i przez carską cenzurę zakazane.

Cytowany już wyżej Ignacy Baranowski, studiujący w Dorpacie w latach pięćdziesiątych XIX wieku wspominał: „Żywszą tęsknotę tłumiliśmy rozmową o kraju, lekturą wspólną Mickiewicz i innych poetów, których nam dość zasobna biblioteka Stowarzyszenia Polskiego dostarczała. Zawierał ona nie tylko Mickiewicza, Słowackiego, Zaleskiego, Krasińskiego i tylu, tylu innych poetów, którymi ówczesna literatura polska świeciła, aż po Odyńca, Lenartowicza, Żeligowskiego. Prócz poetów była tam Lelewela „Polska wieków średnich”, Maurycy Mochnacki, Heltman, Mierosławski, „Chowanna” Trentowskiego, „Historia szkół polskich” Łukaszewicza, „Rok” – wydawnictwo bardzo poważne poznańskie, „Przegląd Poznański” i liczne wydawnictwa emigracyjne. Książki te kursowały między nami jawnie, a prócz wartości swojej istotnej, dla przybyłych z pod terroru, panującego w kraju miały powab niesłychany jako zakazane. To też czytaliśmy je chętnie, schodzili na czytania po kilku … nie wszyscy byli jednakowo gorliwi i w kształceniu się naukowem i w kształceniu się polskim; ale nastrój ogólny był taki, że jeżeli który leniwszy nie pracował, to choć udawał, że pracuje. … Ukryć się zaś z czemś złem czy dobrem było bardzo trudno …żeśmy się wszyscy wzajem znali i na każdym kroku kontrolowali”.

Trudno się tu powstrzymać by nie wspomnieć o anegdotycznym zdarzeniu mającym ścisły związek z biblioteką Konwentu, a jednocześnie dobrze charakteryzującym stosunki panujące w Dorpacie. Stanisław Czekanowski studiujący w Dorpacie w latach 1886 – 1893, wspomina jak został wezwany do miejscowego pułkownika żandarmerii Nikolina, gdy zaniepokojony się stawił, ten mu opowiedział, że „przed Dorpatem był naczelnikiem ciężkiego politycznego więzienia na wschodniej Syberii, trafił tam w swoim czasie amerykański dziennikarz – Kennan – zwiedził więzienie, konferował z pułkownikiem i podobno przedstawił go w bardzo złym świetle …, pułkownik chciałby książkę poznać i prosi, czy nie mógłbym dostarczyć mu do przeczytania. …. Nic nie mówiąc w jakim celu biorę, pożyczam z biblioteki konwentowej i po upływie kilku tygodni, niby przysłaną z Warszawy niosę pułkownikowi. Rad był mi nadzwyczajnie – książkę zostawiłem. Upłynął chyba miesiąc … znów wizyta moja u pułkownika – Czy pan może wyobrazić sobie, że ja mogłem być takim zwierzęciem, jak ten, którego opisuje Amerykanin? To była bardzo ciężka służba, jaki ja byłem szczęśliwy, gdym się wydobył z tamtego piekła! Bardzo mi podziękował i książkę oddał” .

Biblioteka „Polonii”, odegrała istotną rolę w jej działalności samokształceniowej, w owym według sformułowania I. Baranowskiego „kształceniu się polskim”, licząca wiele tysięcy tomów, gromadzona przez dziesięciolecia mogła imponować swym bogactwem i doborem tytułów . Biblioteka ta zasługuje z pewnością na monograficzne opracowanie, które ułatwić mogą zachowane księgi inwentarzowe i katalogi

W cytowanym już wyżej tekście praw Konwentu Polonia z 1896 r. (rozdz. I, § 8), czytamy: „Polonia” zostawiając wolność sumienia i swobodę osobistych uczuć i poglądów swym członkom, zobowiązuje ich jednak nie narażać bytu stowarzyszenia i jego członków w sprawach mających charakter polityczny” . Ta zasada apolityczności obecna była w Konwencie od samego początku . Wymaga ona krótkiego wyjaśnienia i omówienia, bywa bowiem niekiedy źle rozumiana i interpretowana.

Pamiętnikarze, członkowie Konwentu, często o tej sprawie piszą, podkreślając różnice postaw polskich studentów na uniwersytetach w Petersburgu, Moskwie, czy Kijowie z jednej, a na Uniwersytecie Dorpackim z drugiej strony. Ignacy Baranowski, znający z autopsji tylko uczelnię nad Embachem, wypowiada się w tej kwestii ostrożnie: „Czy w innych uniwersytetach Cesarstwa Rosyjskiego młodzież polska w owej chwili okazywała usposobienie podobne do usposobienia młodzieży dorpackiej? Na pytanie to stanowczej odpowiedzi dać nie umiem. Przypuszczam jednak, że w Petersburgu, w Moskwie, Kijowie, więcej było popędu do politykowania, do robót sekretnych. … Zaznaczam tu jako fakt ważny i raz jeszcze podkreślam, że lepsza część młodzieży sposobiła się poważnie do życia późniejszego, do służby dla kraju; ale w danym momencie wcale nie rościła pretensji do akcji politycznej, do odgrywania jakiejś roli w życiu publicznym kraju” .

Marian Zdziechowski, który do Dorpatu przeniósł się z Uniwersytetu Petersburskiego nie ma tu wątpliwości: „Czy nie był Dorpat wyjątkiem, szczęśliwym wyjątkiem, na tle życia młodzieży polskiej? Czy można sobie wyobrazić studenta ideowca w Petersburgu pogrążonego w Supińskim? Czytano by tam Marksa, albo jego rosyjskich naśladowców, w najlepszym razie socjologię Spencera. Wśród pisarzy polskich nie znaleziono by godnego głębszej uwagi. Wszystko co polskie, wydawało się tak małym wobec szerokich widnokręgów, które roztaczała myśl rewolucyjna rosyjska. Ilu potem przesunęło się przede mną duchowo zrusyfikowanych, dla Polski zmarnowanych wychowańców szkół rosyjskich! Natomiast wychowany na Supińskim Dorpatczanin szedł w życie z wyrobionym poczuciem obywatelskim, z rozwiniętym, a przy tym idealistycznie nastrojonym zmysłem rzeczywistości: życie stawało się dla niego polem do pracy konkretnej, narodowo – społecznej, nie zaś do szalonych eksperymentów” . Oceniając obie wypowiedzi, musimy oczywiście brać poprawkę na późniejsze poglądy i postawy polityczne obu pamiętnikarzy. Pożyteczne więc będzie tu przytoczenie tego co niejako z zupełnie odmiennej perspektywy zapamiętał „nestor socjalizmu polskiego”, Bolesław Limanowski, który studiował w Dorpacie medycynę w latach 1858 – 60 i był w pracach „Polonii” b. aktywny (był bibliotekarzem „Ogółu” a po jego połączeniu się z frondującym „Szczegółem”, „Gospodarzem” czyli prezesem): „W stowarzyszeniu dbano niemal wyłącznie o podtrzymanie stosunków koleżeńskich i uprzyjemnianie sobie życia. Prawie wszystko kończyło się na obchodzie rocznicy powstania 1830 r. i na śpiewaniu pieśni patriotycznych, gdy się zgromadzono w większej liczbie osób. W sprawach życia publicznego przejawiała się obojętność”

B. Limanowski, inaczej to formułuje i inaczej to ocenia, ale istota sprawy pozostaje niezmieniona – w „Polonii” panowała i obowiązywała apolityczność.

Źródeł tej postawy było kilka. Wywodziła się ona niewątpliwie z tradycji niemieckich Landsmannschaftów, które apolityczne były programowo, stawiając sobie zupełnie inne, dalekie od polityki cele. „Polonia”, która początkowo była jednym z dorpackich Landsmannschaftów, mimo późniejszych przekształceń, a nawet częściowego odchodzenia od form korporacyjnych, wiele z tej pierwotnej tradycji zachowała.

Inną przyczyną apolityczności, była stała troska o zachowanie wewnętrznej spoistości. Heterogeniczność składu osobowego „Polonii”, będąc żródłem częstych wewnętrznych sporów zagrażających tak pożądanej jedności, nakazywała unikać wszystkiego co mogło młodych ludzi poróżnić. Już w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy „Polonia”, po przeniesieniu z Dorpatu, działała w Wilnie, obowiązywał na terenie Konwentu zakaz mówienia o polityce, religii i kobietach, jako tych sprawach, które mogą mężczyzn skłócić.

Trzecią wreszcie przyczyną apolityczności, sformułowaną dobitnie w cytowanych wyżej prawach Konwentu, była troska by nie „narażać bytu stowarzyszenia i jego członków”. W „Polonii” doceniano fakt możliwości istnienia tej organizacji, chociaż nielegalnego, ale w gruncie rzeczy jawnego, czy półjawnego (w latach 1889 – 1907, zarejestrowana była pod szyldem „Towarzystwa Przyrodniczego”) i starano się jej bytu nie narażać działalnością która mogłaby wywołać „zainteresowanie” ze strony władz. Stąd też płyną takie zakazy jak ten sformułowany w prawach Konwentu z 1896 r. (rozdz. I, § 7): „Konwent zabrania wszystkim swym członkom …umieszczać w gazetach artykuły w imieniu Konwentu, lub traktujące o wewnętrznej organizacji Stowarzyszenia, bez wyraźnego jego zezwolenia.” Gdy w 1888 r. Andrzej Niemojewski (w czasie studiów, należał do „Polonii”), rozpoczął w „Wędrowcu” druk swoich wspomnień dorpackich , zwrócono się do niego by tego zaniechał. Obejmujący wszystkich członków zakaz aktywności politycznej, bywał powodem napięć a nawet rozłamów. Szczególnie stało się to uciążliwe w ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku, w okresie formowania się ruchów i partii politycznych. Szczególnie młodzież o poglądach radykalnych, lewicowych, z takim zakazem nie mogła i nie chciała się pogodzić. W 1889 r. doszło na tym tle do powstania „Kuchni”, efemerycznego lewicującego ugrupowania, do którego przeszła część członków „Polonii”. Jeden z takich „rozłamowców”, Stanisław Czekanowski: pisał: „Pomimo wystąpienia naszego z Konwentu, ja zostałem w osobistych dobrych stosunkach z szeregiem kolegów, wprawdzie lewica konwentowa – ci „od okna” – mieli do nas żal, żeśmy ich opuścili i teraz ci „od pieca” mają zdecydowaną przewagę. Ale gdy wreszcie ukończył Wacław Rymsza medycynę, zmieniła się atmosfera w Konwencie, przyszli nowi, jak rozumny Władysław Sołtan, późniejszy wojewoda warszawski i minister spraw wewnętrznych, Ignacy Manteuffel, przedwcześnie zmarły wojewoda kielecki, Michał Jastrzębski z głębokiego Polesia, znaleźli się później i teolodzy, nie tylko kalwińscy, lecz i augsburscy. Konwent był spokojny, pracujący” .

To dość charakterystyczne, że Czekanowski krytycznie nastawiony wobec „Polonii” i chętnie wytykający jej najróżniejsze wady, musi przyznać, że „Konwent był spokojny, pracujący”. Wydaje się, że między innymi właśnie apolityczność, zapewniała Konwentowi „spokój” i stwarzała warunki do pracy.

Inna sprawa, że w Dorpacie nie było warunków dla prowadzenia działalności politycznej, bowiem studiująca tam polska młodzież nie miałaby wobec kogo, lub wsród kogo ją prowadzić. Wydaje się, że bardzo rozsądnie oceniał to Edward Heinrich, gdy pisał o okresie manifestacji 1861 r. (po pogrzebie „pięciu poległych”): „Zastanowiwszy się głębiej, musimy stwierdzić, że robienie demonstracji w Dorpacie nie miało rzeczywiście celu. Demonstracje w kraju miały wpływać i rzeczywiście wpływały na lud i masy: miały je rozbudzać, który to cel osiągały. W Dorpacie nie było obiektu, na który demonstracjami możnaby oddziaływać” .

Trzeba wreszcie powiedzieć na czym owa „apolityczność” polegała.

Wydaje, że miarodajna jest tu opinia Hipolita Billewicza, studiującego w Dorpacie w latach 1844 – 1850, który znacznie później bo, 11 II 1898 r. wystosował do Konwentu obszerny list w którym wspomina zapamiętane przez siebie dzieje „Polonii”. W liście tym dał on wyraz następującemu przekonaniu: „Różnice opinii, przekonań i kierunków mogą i muszą istnieć pomiędzy młodzieżą, ale ponad nimi górować powinny i wszystkich jednoczyć we wspólnym braterstwie uczucia narodowe..”

„Polonia” już w pierwszych latach swego działalności, musiała zapłacić wysoką cenę za patriotyczne, a więc w gruncie rzeczy „polityczne” zaangażowanie swych członków. Już w trzecim roku swego istnienia, zgodnie z tradycją Konwentu (wymagającą weryfikacji), aż 17 członków (na ogólną liczbę 27), wzięło udział w powstaniu listopadowym. W konsekwencji w 1832 r. musiała się rozwiązać i choć już w 1834 r. zaczęła zabiegać o ponowną rejestrację, nie zdołała (aż do 1907 r.) uzyskać możliwości legalnego istnienia. Była to na tyle bolesna nauczka, że trzeba było szukać sposobów, by podobnych sytuacji w przyszłości uniknąć.

W okresie bezpośrednio poprzedzającym powstanie styczniowe, gdy przez cały kraj przetaczała się fala manifestacji i wzrastała aktywność konspiracyjna społeczeństwa, atmosfera ta dotarła i do Dorpatu. Tak to opisuje E. Heinrich: „Wobec wypadków w kraju, które w szybszym coraz następowały po sobie tempie, utworzyło się w Dorpacie w roku 1862, poza Konwentem koło młodzieży przez kooptację. X. i Z. zawezwali do swego grona kolegę N. Tych trzech, czwartego i tak dalej. W ten sposób powstało obok Konwentu grono, złożone z trzydziestu kilku studentów (jednocześnie członków Konwentu), które miało za zadanie znoszenie się z krajem i branie czynnego udziału w wytwarzającym się w nim ruchu. W kole tym stawiono wniosek, aby już w roku 1862 wszyscy się rozjechali z Dorpatu dla przygotowania i przyspieszenia ruchu. Jedni mieli działać po wsiach wśród obywateli ziemskich i włościan, inni w miastach wśród warstw mieszczańskich i robotniczych. Wniosek ten jednak nie został w całości przyjęty.”. Jak z tego widać i jak wynika z relacji B. Limanowskiego , cały ten zamysł, pozostał w sferze projektów – nie to jednak wydaje się tu ważne. Cała ta inicjatywa powstaje „poza Konwentem”, choć jej uczestnikami są wyłącznie jego członkowie. W tym stosunkowo wąskim i ogromne zżytym gronie, jest oczywiście niemożliwe by pozostali konwentowicze nic o tej sprawie nie wiedzieli. Nie słyszymy jednocześnie by Konwent w tej sprawie się zbierał i podejmował jakiekolwiek decyzje. Wydaje się, że mamy tu do czynienia z zabiegiem czysto formalnym mającym na celu ominięcie angażowania Konwentu do sprawy mającej charakter polityczny, mogącej za sobą pociągnąć represje.

Cofnijmy się teraz do końca roku 1836, kiedy zaczyna się tworzyć na Uniwersytecie Dorpackim, konspiracyjna organizacja studencka nazywana „spiskiem Karola Hildebrandta” (od nazwiska jej założyciela i lidera) – była ona zbliżona do istniejących w tym samym czasie studenckich organizacji spiskowych w Akademii Medyko – Chirurgicznej w Wilnie (spisek Franciszka Sawicza) i Uniwersytecie Kijowskim (spisek Władysława Gordona) , wszystkie one związane były (najluźniej spisek dorpacki) z Stowarzyszeniem Ludu Polskiego Szymona Konarskiego. W istniejącej, skromnej literaturze przedmiotu , dotyczącej spisku dorpackiego, albo nie wspomina się o fakcie istnienia tam w tym czasie „Polonii”, albo przedstawia się obie organizacje jako zupełnie odrębne, lub wręcz wobec siebie opozycyjne . Zarówno Karol Hildebrandt, jak i pozostali uczestnicy jego spisku objęci śledztwem (aresztowania zaczęły się w 1838 r.) w liczbie siedemnastu (w spisku uczestniczyło więcej osób, przynajmniej siedem z nich uniknęło represji), wszyscy byli członkami „Polonii”, można też wykazać, że wcale nie było tu żadnego wewnętrznego konfliktu – nawet cele spisku były całkowicie zbieżne z celami, które „Polonia” realizowała. Hildebrandt zeznawał w śledztwie, że zadaniem ich było: „dbać o to, ażeby nie wykroczyć przeciwko zasadom dobrej moralności, aby złym postępowaniem nie dawać przykładu innym studentom, dbać o utrzymanie wśród mieszkańców Dorpatu dobrej opinii o reputacji studentów narodowości polskiej; starać się jak najusilniej o doskonalenie swego wykształcenia, poznać ojczystą historię i literaturę…. . Oczywiście działalność tego spisku wykraczała poza wymienione w śledztwie cele i być może właśnie dlatego, dbano by „Polonii” nie skompromitować i wręcz jej istnienia nie ujawniać. Uczestnicy spisku zapłacili wysoką cenę – jeden zmarł w więzieniu (Julian Walicki), Karol Hildebrandt został zesłany na Syberię, dziesięciu do guberni europejskich, dwóch zbiegło za granicę, innych relegowano. W śledztwie jednak ani jedno słowo o istnieniu korporacji nie padło a „Polonia” jako organizacja nie ucierpiała. Cała ta sprawa, jak i sam spisek K. Hildebrandta, zasługują z pewnością na gruntowne opracowanie.

W powstaniu styczniowym wzięła udział większość członków „Polonii” – licząc razem z tymi, którzy Uniwersytet Dorpacki ukończyli wcześniej, w powstaniu tym wzięło udział co najmniej 136 „Polonusów” , Konwent jednak i w tej sprawie nie podejmował żadnej uchwały.

Tak ukształtowana „apolityczność”, u schyłku XIX w. wzbogaciła się jeszcze o „apartyjność” – niechęć do, jak wtedy mówiono „partyjniactwa” (być może lepiej byłoby tu mówić o „nadpartyjności”).

Tu może warto sięgnąć do broszury jaką z okazji stulecia Konwentu w Wilnie w 1928 r. napisał Bronisław Wróblewski. Autor studiował w Dorpacie prawo w latach 1910 – 1915 i należał wtedy do „Polonii”, a od 1921 r. był profesorem prawa karnego na Uniwersytecie Stefana Batorego i wybitnym w swojej dziedzinie autorytetem

Broszurze swej nadał Wróblewski nieco przewrotny tytuł – Ideologia korporacji akademickich – przewrotny, bowiem jak stwierdzał na wstępie, obawia się „młodzieży ideowej”, która ową „ideowość” zmonopolizowała i zastrzegł się, że będzie „pisał mając na względzie młodzież „nieideową” – korporacyjną, do której należałem”. W swej broszurze wymienia i omawia ideały, czy raczej cnoty, które są lub powinny być jego zdaniem rozwijane w korporacjach akademickich, wyliczając trzy, które można kształtować i które uważa za najważniejsze: uczciwość , honor i solidarność. W związku z ideałem ostatnim, stwierdzał, że należy z korporacji usuwać wszystko co stanowi zagrożenie dla wewnętrznej spójności, tak więc trzeba „ażeby z wewnątrz korporacji została usunięta polityka. Jest to szczególnie niebezpieczny wróg życia korporacyjnego, wróg chytry i przebiegły” .

Wszystko to czym wyżej była mowa, ów splot szczególnych warunków i okoliczności, trudnych do powtórzenia, które na fenomen „Polonii” się złożyły, pozwala mówić o specyficznym modelu tej korporacji. Nie ma tu chyba jednak uzasadnienia mówienie o „polskim modelu korporacyjnym” jak to uczyniła Dorota Kielak . Polski ruch korporacyjny tak burzliwie się krzewiący w dwudziestoleciu międzywojennym (poza korporacjami „starymi”: Arkonią, Welecją i Jagiellonią powstałą w 1910 r. w Wiedniu), nie powielał tego modelu, zwłaszcza gdy chodzi o takie jego cechy jak tolerancja czy apolityczność .