Fil. J. Trynkowski – „Żywa tradycja”

Polonia ma już 172 lata, ma więc już za sobą długą i burzliwą historię. Tak burzliwą jak dzieje Polski w ostatnich dwóch wiekach. Chciałbym, byśmy zastanowili się nad naszą tradycją – pomówili o jej źródłach, formowaniu się, elementach składowych, zawartości i zastanowili się nad tym co dla nas najważniejsze – nad znaczeniem naszej tradycji dla nas, o tym co przetrwało, co nie utraciło ważności i co może nas łączyć i wyróżniać dzisiaj.

Dla ludzi łączących się w najróżniejsze grupy czy to formalne, czy nieformalne, zwłaszcza takie które mają za sobą już jakiś czas trwania – tradycja, szczególnie taka, która może być powodem dumy, jest nie jedynym wprawdzie ale istotnym elementem spajającym.

Mówi się często, że historia jest nauczycielką życia – nie jest to słuszne, historia niestety nigdy jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Mamy na ogół do naszej przeszłości stosunek aktywny i wybieramy z niej selektywnie tylko to co nam odpowiada, tylko to co wydaje się nam słuszne i tylko to co chcemy przyjąć – całą resztę odrzucając, pomijając milczeniem.

Myślę, że tak jest i z tradycją w ogóle a z tradycją Konwentową w szczególności. Myślę, że tak jest dobrze, bowiem nie jesteśmy i nie musimy być niewolnikami jakiejś niezmiennej, danej nam przez historię tradycji, lecz przeciwnie spoczywa na nas obowiązek aktywnego jej kształtowania, tak byśmy świadomie mogli z niej korzystać.

Byśmy mogli z naszej przeszłości aktywnie i z korzyścią dla nas czerpać, musimy ją dobrze znać. Stąd jedna z dobrych tradycji Konwentowych mówiąca o obowiązku poznawania naszej historii. Oczywiście na tradycję Konwentu składa się wszystko to co składa się na naszą wspólną polską tradycję – mówić o tym nie trzeba. Należy mówić o elementach szczególnych, które nas wyróżniają, które stanowią o naszej odrębności w ramach tej ogólnej – polskiej tożsamości.

Trzeba tu kilka zdań powiedzieć o starej tradycji organizacji studenckich – burszowskich. Jest to tradycja wywodząca się z niemieckich uniwersytetów. Jest to dwoista tradycja Landsmannschaftów i Burschenschaftu. Landsmannschafty(ziomkowstwa), wyrosły ze średniowiecznych nationes – związków zorganizowanych na wzór gildii – obejmowały one w ramach uniwersytetu grupy narodowościowe i współdecydowały o sprawach uczelni. Najstarsze znamy z uniwersytetu w Paryżu już z 1222 r. Na Uniwersytecie Karola w Pradze w XIV w. istniały cztery nationes: Czesi, Polacy, Bawarczycy i Sasi. Niemieckie Landsmannschafty XVIII w. skupiały młodzież z niewielkich terytoriów, czy prowincji, będąc odbiciem ówczesnego partykularyzmu niemieckiego. Były one ostoją konserwatyzmu, feudalnych tradycji, miały wyraźne oblicze stanowe, będąc zarezerwowane niemal wyłącznie dla szlachty. Na każdej uczelni działało kilka Landsmannschaftów. Ich reprezentanci tworzyli konwent seniorów, radę orzekającą we wszystkich sprawach studenckich – decydując w sposób istotny o życiu akademickim. Konwent seniorów ustalał normy postępowania w formie tzw. Comment, dotyczącego „spraw honoru i satysfakcji”, ale i innych form zachowania. (z franc. comment – jak? – kodeks zachowań przyjęty z obyczajów późnego średniowiecza i z ceremoniału pojedynków stosowanego na dworach francuskich).

Od połowy XVIII w. w wyniku wielkich przemian związanych z epoką Oświecenia a następnie Wielkiej Rewolucji Francuskiej a później czasów napoleońskich, w wyniku pojawienia się na uczelniach coraz liczniejszej młodzieży reprezentującej mieszczaństwo, burżuazję czy rodzącą się nową warstwę inteligencji – młodzieży, która nie widziała dla siebie miejsca w konserwatywnych Landsmannschaftach, nie będąc zresztą do nich przyjmowana, rodzi się stopniowo koncepcja nowej organizacji skupiającej członków bez względu na różnice stanowe, religijne, czy terytorialne, organizacji ogólnostudenckiej wysuwającej hasła antyfeudalne a niekiedy i republikańskie. Zaczyna się formować w ostrym konflikcie z Landsmannschaftami, koncepcja Burschenschaftu – jednolitej organizacji ogólnouniwersyteckiej, a nawet ogólnoniemieckiej. Istotną rolę w kształtowaniu tego typu organizacji tak w sferze ideowej, jak i co do form organizacyjnych, czy symboliki, odegrała masoneria.

Gdy od połowy lat 20. XIX w., na uniwersytecie dorpackim zaczęła coraz liczniej pojawiać się młodzież z obszarów znajdującej się pod zaborami Rzeczypospolitej, zastała tam ona ostry konflikt między Burschenschaftem i jego ideami, a istniejącymi, czy próbującymi powstać Landsmannschaftami. Jak się wydaje, idee Burschenschaftu były dla polskich przybyszów bliższe, natomiast formuła organizacyjna była całkowicie nie do przyjęcia. Student nie stowarzyszony, wilder, był obiektem pogardy, drwinek i jego egzystencja na uczelni była nie do pozazdroszczenia. Wstąpienie do Burschenschaftu, oznaczało roztopienie się w masie studenckiej, która w większości swojej była niemiecka. Pozostawało tylko jedno wyjście – przyjęcie formuły Landsmannschaftu. I tak oto obok innych terytorialnych, niemieckich korporacji studenckich istniejących w Dorpacie takich jak Curonia, czy Livonia – pojawiła się w 1828 r. Polonia – krok ten oznaczał poparcie korporacji walczących z Burschenschaftem dorpackim o prawo bytu, co zjednało Polonii pewną ich sympatię a w przypadku Curonii owocować będzie długotrwałą przyjaźnią. Miał ten krok poważne i brzemienne w skutki konsekwencje. Oto powstała w takich okolicznościach i w taki sposób, organizacja studencka wzięła na siebie niemal obowiązek przyjmowania w swe szeregi wszystkich przybywających z obszarów dawnej Rzeczypospolitej, bez względu na ich narodowość, religię, czy przynależność stanową. Wszystkich tych których łączyła nazwa Polonia, których łączyła pamięć o utraconym państwie – państwie, które było Rzeczpospolitą wielu narodów, których łączyła nadzieja na odzyskanie tego państwa i którzy gotowi byli czynić wiele, by to państwo odzyskać. Od samego początku istnienia Polonii, owa ogromna różnorodność wśród jej członków daje o sobie znać. Wśród trzynastu Ojców Założycieli Konwentu, pierwsze jakże zaszczytne miejsce w Album Polonorum zajmuje Stefan Lipiński, kalwin, późniejszy superintendent diecezji kościoła ew. – ref. w Wilnie, ten który ordynował skazanego na śmierć w 1839 r. Szymona Konarskiego; na trzecim miejscu w Album Polonorum. znajduje się Aleksander Molleson, również wyznania kalwińskiego, z rodziny pochodzenia szwedzkiego, brat Jana uwiecznionego jako Rollison przez A. Mickiewicza w III części „Dziadów”. Na piątym i szóstym miejscu są późniejsi lekarze – Nestor Ziegler i Mikołaj Berends. I tak już będzie przez całe dzieje Konwentu: na liście jego członków przeważać będą, co nie dziwi, Polacy i katolicy, ale będą również Niemcy, Litwini, Żydzi, Białorusini, Rusini, Tatarzy, będą liczni przedstawiciele innych wyznań chrześcijańskich: luteranie, kalwini, unici i prawosławni, znajdą się też karaimi i muzułmanie i żydzi… wszyscy ci, którzy będą się czuli obywatelami utraconej Rzeczypospolitej. Dzielić ich będzie jeszcze wiele innych spraw – jak choćby pochodzenie – przeważać będzie szlacheckie ziemiaństwo, ale coraz liczniej będą się pojawiać reprezentanci innych grup społecznych: mieszczaństwa, burżuazji, rodzącej się inteligencji. Ta ogromna różnorodność nie budząca zdziwienia wśród mieszkańców dawnych kresów Rzeczpospolitej (a oni w Dorpacie przeważali), budziła jednak problemy, prowadziła niejednokrotnie do napięć i sporów. Stąd pochodzi ów tak silnie zakorzeniony w Konwencie imperatyw jedności wyrażający się w naszych zawołaniach „Jedność większa od dwóch” i „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, nawiązujących do dorobku Filomatów i Filaretów, dorobku, który jest zresztą jeszcze jednym i bardzo ważnym elementem naszej tradycji. Ta potrzeba wewnętrznej jedności, tym silniejsza, że pielęgnowana w warunkach otoczenia przez obcych, jest źródłem obowiązujących w Konwencie zakazów mówienia o tym, co może ludzi skłócić i podzielić: o polityce, religii i o kobietach.

Ktoś może powiedzieć, że mówiąc o tradycji Konwentu, świadomie pomijam to wszystko z naszej tradycji, co może dziś budzić sprzeciw, czy zasługiwać na potępienie, to wszystko co tak nierozerwalnie zdawałoby się związane jest z ruchem burszowskim, czy też jego „czarną legendą”. Nie mówię nic o pijatykach, kartograjstwie, burdach i pojedynkach. Zostawmy na boku pojedynki, które dziś zasługują z pewnością na odrzucenie, ale wtedy należały do minionego na szczęście, innego systemu zachowań, zwróćmy tylko uwagę, że odbywały się one zwykle w obronie honoru, pojęcia które dziś zdaje się niestety zanikać, a blask którego, przynajmniej w Konwencie należałoby utrzymać i umocnić. Jest to jednak temat do zupełnie osobnych rozważań. Jeśli zaś mówimy o pijatykach, kartograjstwie, czy awanturach burszowskich… Musimy pamiętać, że mówimy o organizacji ludzi młodych i wesołych, którzy póki są młodzi, chcą się weselić i bawić i nic w tym nagannego nie ma. Czy były w tych kwestiach ekscesy, przekroczenia miary? – Oczywiście, że tak – i one właśnie najmocniej utkwiły w pamięci i zostały opisane przez pamiętnikarzy. Nie dotyczyły one jednak większości. Wystarczy przejrzeć listę Album Polonorum, by się przekonać, że owa większość kończyła studia w terminie i to z dobrym skutkiem, o czym najlepiej świadczy pozycja jaką absolwenci Dorpatu i Uniwersytetu Wileńskiego, jaką Polonusi zajmowali w życiu zawodowym i społecznym.

Posłużę się tu jednym tylko przykładem. Roman Kępiński noszący w Album Polonorum numer wczesny bo 43, student Dorpatu w latach 1832 – 1838, po studiach był po Tomaszu Zanie z którym się przyjaźnił, bibliotekarzem w Instytucie Górniczym w Petersburgu. Opublikował Kępiński będąc jeszcze studentem, w wychodzącym w Wilnie roczniku „Biruta” w 1837 r. artykuł: Kilka prawd mojego rozumu w którym pisał między innymi: „Społeczeństwo wtedy tylko ma dobry działań swoich koniec, jeśli jednostki składające ono, dobre są… Kształcić się i nauczać siebie o rzeczach niewiadomych jest to oczyszczać się z brudu niewiadomości, a tem pomagać jednym promieniem do jasności światła, które z łona swojego wyraża społeczeństwo. Człowiek pełen fizycznej i moralnej władzy – a któremu zewnętrzny bieg fortuny, do godnego użycia tych władz przyjazną podaje rękę – ma wszystko cokolwiek do pomyślnego istnienia jednostka społeczeństwa mieć może… Takie to indywiduum jest w sile i swój zakrzepić fundament i społeczeństwa, do którego należy. Jeżeli zaś nie czyni zadość tej powinności – gubi siebie i społeczeństwo.” Z pewnością tekst ten, odzwierciedla poglądy nie tylko autora ale i jego kolegów, z którymi był przed publikacją dyskutowany i przez których, gdy już się ukazał, był czytany. Poglądy mówiące o tym, że rzetelna nauka, że samokształcenie, są obowiązkiem każdego, kto chce przysłużyć się społeczeństwu do którego należy.

I to również należy do tradycji Konwentu, że każdy kto do niego, dobrowolnie przecież wchodzi, czyni to nie tylko by przyjemnie spędzać czas w gronie kolegów, co ważne, ale również bierze na siebie obowiązki wobec Konwentu i społeczeństwa, którego Konwent jest cząstką, obowiązki które wypełniać powinien.

Od nas tylko zależy co z tradycji Konwentu uznamy za ważne, co będziemy kultywować – a co będziemy chcieli odrzucić.

Pogadanka wygłoszona na komerszu Konwentu Polonia 3.5.2000